Fragmenty z bloga [marzec]
Pocztówka z Marsa
Widoczne z wysoko usytuowanej nitki obwodnicy rozrzucone nierówne dzielnice oddzielały skupiska jaśniejszej i ciemniejszej zieleni. Powolutku płynęli unoszącym się tuż nad szosą odkrytym mobilem. Opływowy transporter zatrzymał się przy pierwszym cywilnym panelu komunikacyjnym. Malowniczo usytuowana metropolia nie kojarzyła się Erwowi z Czerwoną Planetą, no bo jak, przecież nigdy tu wcześniej nie bywał, i przypominała mu raczej jedno z dojrzałych architektonicznie i zadbanych ziemskich miast. Musiano długo trudzić się nad klimatem, tu panował śródziemnomorski. I pewnie wiosna trwała dwa razy dłużej niż na Ziemi, podobnie jak inne pory roku. Różniące się stylem i charakterem zabudowania wypełniały rozległą kotlinę i wspinały się na zachodzie na porośnięte lasami łagodne faliste wzniesienia. Na wschodzie granicę wyznaczało lśniące jezioro, mniej więcej wielkości Ontario. Peryferyjny dworzec był niewielki i pusty. Korzystając z bramek komunikacyjnych, kontroler w te pędy doholował ich do centrum, a tam ulokował w strzelającym w niebo hotelu. Aluminium, szkło, i Bóg wie, co jeszcze. W city panował ruch i mogli dyskretnie przyglądać się mijanym przechodniom, lustrując ich kreacje. Wpadały im ze zgrozą w oczy pewne udziwnienia genetyczne. W gustownym holu Erw z zadartą głową długo sterczał przed zdobiącą ścianę panoramiczną mapą globu. Był nie na żarty przerażony. Nie uległ fikcji, naprawdę znalazł się z Edytą na innej planecie. Namacalnie tego doświadczał. Było późne popołudnie, więc Giacomo powściągliwie się z nimi pożegnał, nie mając ochoty odpowiadać na żadne pytania. Póki co tamten im poradził, by nigdzie nie wychodzili, w nic się nie wdawali i cierpliwie czekali na dalsze instrukcje. Uznał, że potrzebują niejakiego czasu na adaptację, więc do następnego dnia pozostawił ich samych. Erw go roztropnie posłuchał i w pokoju zwalił się jak niedźwiedź na wyro, jednak nieposłuszna Edyta zafundowała sobie jakieś podniecające zajęcie. Dopiero z rana zorientował się, czym wypełniła wieczór i pewnie lwią część nocy. Nie szalała na parkiecie. Harowała jak wół. To było porządne repetytorium z historii.
Zafascynowana tą aglomeracją przy stoliku w hotelowej restauracji zaczęła mu ze szczegółami opowiadać o tym, jak rosły jej dzielnice. Uchyliła przed nim rąbka tajemnicy. Popisywała się jak zdolna i ambitna studentka. Obryła się na valde bene i pewnie taki stopień musiałby jej wpisać wiecznym piórem do indeksu, gdyby zgłosiła się do niego na egzamin. No, ale przecież nie był wykładowcą historii, a poza tym nikt na szacownej Sorbonie nie robiłby specjalizacji z czegoś tak bzdurnego jak Mars w trzecim i czwartym tysiącleciu. Atlantydę zaliczano do najstarszych grodzisk na zagospodarowanej powierzchni Czerwonej Planety. Okazało się, że to szczycące się zupełnie przyzwoitymi dziejami marsjańskie miasto założono ponad osiemset lat temu. Co mogło się wydarzyć przez te osiem wieków? Może toczyły się jakieś wojny? Zmieniał się ustrój społeczny? Walczono z nowymi mutacjami wirusów? Jadł jajka na bekonie, grzebał widelcem w sałatce jarzynowej z majonezem, gryzł tosty, przysłuchiwał się jej i z uwagą przytakiwał. Szybciej od śniadania połykał daty. Pierwotne osiedle, pochodzące z czasów, kiedy atmosfera planety była bardzo rzadka, kryło się pod ogromną wyblakłą kopułą. Wtedy jeszcze szalały potężne burze piaskowe. Tamto miejsce odwiedzały zwykle wycieczki. Jednak największą atrakcją planety był mający blisko 20 kilometrów wysokości masyw największego wulkanu. Na Ziemi nie było takich potężnych gór.
Po śniadaniu Edyta zabrała go na mieszczący się na dachu hotelu taras widokowy i z wysokości kilkudziesięciu pięter mógł w skupieniu kontemplować panoramę stolicy i rejestrować w pamięci topografię dzielnic. Pokazywała mu je po kolei, mówiąc jak się nazywają i co się w nich mieści. Potem ich rozdzielono. Pojawił się goniec hotelowy, który zdradził im, co dla nich przewidziano. Czarnowłosy chłopak wyglądał całkiem zwyczajnie, nie miał uszu trolla i traktował ich tak, jakby przybyli z drugiej półkuli planety, a nie z odległej przeszłości. Na agentkę czekał już na dole miejscowy przewodnik, w którego towarzystwie miała się udać na zwiedzanie metropolii. Wprost tryskała energią i czuła się tak jakby otwarto przed nią bramy raju, a Giacomo okazał się archaniołem z ognistym mieczem, który ją tam litościwie wpuścił, przymykając oczy na jej grzechy. Cicerone był jej potrzebny, żeby się nie pogubiła z kretesem w morzu drobnych rozwiązań technologicznych, o których nie miała zielonego pojęcia. Drugi podobny wyglądał Erwa. Jego opiekun był w wojskowym mundurze i zamierzał go doprowadzić do centrum zarządzania kryzysowego. Wywiązał się z tego zadania i już w pół godziny później przybysz z Archetanu znalazł się w okazałym budynku w śródmieściu stolicy. Gmach służył bezsprzecznie celom militarnym i wskazywała na to nawet jego solidna konstrukcja. Podobnie jak bunkier komunikacyjny, przez który przedostali się na Marsa był ciężki, masywny i nieomal pancerny.
Zafundować sobie ekstra prezent
Oszklone gabloty stały rzędami i Edyta z uwagą i skupieniem przyglądała się zawartości tych, które znajdowały się najbliżej wejścia. Wystawione piękności przyciągały oczy. Mniej więcej osiemnastoletnie klonowane dziewczęta nie kryły swych wdzięków, unosząc się swobodnie w ciśnieniowych próbnikach, wypełnionych ni to subtelną cieczą, ni to wirującym gazem. Powieki miały sennie półprzymknięte, a ich twarze nie zdradzały żadnych uczuć. Dalej, po przeciwnej stronie piętra, oferowano z kolei męskie ciała. Muskularni, młodzi mężczyźni byli również do wzięcia, jednakże Edyta nimi się nie interesowała. Nie zamierzała przecież zmieniać płci. Śledziła z podziwem eksponowane produkty — zachowując się trochę tak, jakby trafiła do renomowanego muzeum, w którym zgromadzono sporą kolekcji wybitnych dzieł sztuki.
— Zobacz! — ostrożnie wskazała palcem, jakby się lękając, że klon pod wpływem jej niespokojnych słów i spojrzeń za chwilę otworzy oczy. — Ta mała jest bardzo podobna do twojej Sylvie.
Obojętnie wzruszył ramionami, obrzucając niechętnym wzrokiem kuszące kształty zastygłej w bezruchu dziewczyny.
— Serio, chcesz sprawić sobie nowe ciało? To ci nie wystarcza?
Agentka roześmiała się nerwowo. Rozglądała się dalej, ale nie umiała już ukryć narastającego podniecenia, które ją ogarniało.
Zatrzymał się przed gablotą, w której spała na stojąco rudowłosa seksbomba o zgrabnych nogach, wąskich biodrach i wydatnych, pięknych piersiach. Włożył ręce do kieszeni i otaksował ją wzrokiem. Tkwił tam nieporuszony i spowity w głęboką ciszę.
— Jeżeli już miałbym się decydować, to wybrałbym ten okaz — rzucił bez namysłu. W tym samym momencie pojął, do czego niefortunnie doprowadził. Próbował ugryźć się w język, ale było już za późno, by zapobiec nieszczęściu.
Edyta wpatrywała się z nieskrywanym przejęciem we wskazane ciało. To ją w jednej chwili niemożebnie zafascynowało i urzekło. Z wrażenia chyba przestała oddychać. Wyczuł, że w jej nagłym i nieopisanym pożądaniu kryje się coś nieomal sakralnego.
— Wiesz? — mówiła jak nawiedzona. — Gdy debatowałeś z Giacomem i innymi wojskowymi, byłam w banku. Na moim koncie, założonym w 2585 roku, narosły odsetki za przeszło sześćset sześćdziesiąt lat. Wyobraź sobie, że mimo podróży w czasie oni tu takie rzeczy honorują...
Osłupiał. Jeszcze raz objął wzrokiem rudowłosą piękność.
— Ty ją chcesz rzeczywiście kupić! — wymamrotał ze zgrozą.
Pieszczotliwie pogłaskała oszkloną tuleję, stanęła na palcach i rozejrzała się za ekspedientem. Było widać, że już z tego miejsca nie odejdzie.
Winda czasu? Z czymś mi się to kojarzy...
Przytuleni do siebie spoczywali w jej sypialni, a intymne tête-à-tête sprzyjało swobodnej wymianie myśli.
— Winda czasu? Z czymś mi się to kojarzy... — rzekła, pieszczotliwie gładząc jego muskularne ramię. — To się zaczęło gdzieś w dwudziestym wieku, a właściwie w jego drugiej połowie. Jeden z amerykańskich lekarzy wydał bestseller ze wspomnieniami pacjentów, którzy przeszli śmierć kliniczną. Książka nosiła bodajże tytuł "Życie po życiu". To, z czego się zwierzali, było wówczas nowością i wywołało duże zainteresowanie opinii publicznej, sądząc po publikacjach prasowych. Ich świadomość odpływała, widzieli swe ciała, pozostawione na łóżkach szpitalnych, i lekarzy, podejmujących akcję reanimacyjną. Potem wpadali do tunelu, u którego wylotu znaczyło się jakieś ciepłe światło. Wspominali też o tajemniczej postaci — wiecznej, ba, zda się, boskiej — która kryła się po drugiej stronie i ich do siebie przywoływała. Niestety, w każdym z opisywanych przypadków lekarze przerywali ten pośmiertny seans udaną akcją reanimacyjną, ściągając dusze z powrotem do opuszczonych ciał. To doświadczenie — Edyta cicho westchnęła — zmieniało pacjentów całkowicie. Stawali się inni, jakby narodzeni na nowo, spokojni, radośni i pełni słodyczy. Akceptowali siebie, swe życie, czy też chorobę lub kalectwo. Nie lękali się już więcej śmierci, a przeciwnie — czekali na nią z utęsknieniem jak na prawdziwe wyzwolenie. Chcieli bowiem do końca doznać tego, co zaczątkowo już przeżyli. Naprawdę przejść do wieczności.
Zamilkła, a jej kochanek począł delikatnie wodzić palcem po jej zmysłowych wargach, zaś potem pocałował ją w usta.
— Zastanawiające — rzekł, gdy odwzajemniła pocałunek. — Faktycznie, zakosztowali chyba podróży windą czasu. Jak ci się jednak udało skojarzyć i połączyć ze sobą tak z pozoru odległe zjawiska? — spojrzał gdzieś w górę, jakby tam kryło się źródło natchnienia. — A może ty sama czegoś podobnego doświadczyłaś podczas wymiany ciał? — uderzyła go ta myśl.
Uśmiechnęła się, potem wstała, narzuciła na swe piękne ramiona czerwony płaszcz kąpielowy i poprawiła włosy.
— Pytali się, czy chcę być świadoma tej operacji, czy nie. Byłam jej niezmiernie ciekawa, więc zgodziłam się na osiemdziesięcioprocentową percepcję jej przebiegu. Na stuprocentową nie pozwalali. Było cudownie cicho, aparatura sprawnie działała i w pewnej chwili pojęłam, że swobodnie unoszę się ponad mym ciałem. Widziałam, że leży ono na stole zabiegowym w ambulatorium. Obok, na sąsiednim, spoczywał mój nabytek z marketu. Później na moment straciłam orientację. Przeniknęła mnie bolesna myśl, że przejmuje nade mną władzę jakiś komputer, znalazłam się bowiem w dziwnym świecie wirtualnym, w którym kierunki góra i dół nic nie znaczyły. Wkrótce jednak spłynęłam stamtąd na drugi stół zabiegowy. Subtelnymi duchowymi receptorami ostrożnie dotykałam mego klona i odnosiłam wrażenie, że moimi myślami zaraz go obudzę. Znowu utraciłam na moment kontrolę, a gdy się ocknęłam, byłam już z nim zespolona. Miałam nowe ciało. Mówili mi, że cały ten proces reinkarnacji trwał nieledwie trzy minuty. Początkowo ręce i nogi pozostawały jakieś zesztywniałe, kołkowate i drętwe, odmawiając mi posłuszeństwa. Co działo się dalej, już wiesz...
Wstał i przeciągnął się, aż strzeliły kości. Założył szorty i koszulkę.
— A może wybralibyśmy się gdzieś na kolację? — zapytał. — Co ty na to?
Zgodziła się bez wahania.
— Jeśli tylko chcesz — rzekła. — A propos — nieśmiało zapytała, nieco się rumieniąc. — Czy to, co ci naplotłam o tych przeżyciach pacjentów w stanie śmierci klinicznej, ma z twego punktu widzenia jakiś sens?..
Objął ją i przytulił do siebie.
— Nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bardzo mi pomogłaś. To był przebłysk geniuszu. Prawdziwa iluminacja. Coś takiego zdarza się chyba raz na kilkaset lat. Połączyłaś nagle w jedno wyniki całych wieków badań dwu różnych cywilizacji kosmicznych.
Nie uwierzyła mu, odsunęła się lekko i zajrzała mu w oczy.
— Pewnie sobie ze mnie kpisz?
Zaprzeczył.
— Nic podobnego — odpowiedział.
Pocztówka z Himalajów
Była skryta pod warstwą śniegu, który sypał całą noc. Przez wąską zamkniętą od góry szczelinę miała wystarczający widok na otoczoną wysokimi zwałami lodu ścielącą się przed nią niewielką kotlinę. U jej północnej popękanej ściany ledwo się znaczyło się mroczne pochyłe wejście do głębokiej jaskini. I tylko ono ją zajmowało. Brudne ślady przy kamiennej furcie dowodziły, że dziura była zamieszkała przez jakieś górskie zwierzę. Kilka dni i kilka nocy trwało nim włócząc się po okolicznych masywach odnalazła tę zagubioną niedużą nieckę, której nikt chyba nigdy nie zaznaczył na żadnej nawet najdokładniejszej mapie. Choć nie miała sprzętu alpinistycznego, lin, uprzęży, karabinków, przyrządów zjazdowych i asekuracyjnych, zdobyła ukryty w chmurach mający kształt trójgraniastej piramidy majestatyczny Mount Everest, najwyższy szczyt świata, położony na granicy Nepalu i Tybetu, z łatwością spływając potem w doliny i poszarpane urwiska, i pokonując wielkie pęknięcia, zdradziecko zamaskowane przez niepewne mosty śnieżne. Była cichym gościem w klasztorze buddyjskim i skrycie podpatrywała medytujących mnichów. Sama również kontemplowała złoty posąg siedzącego ze skrzyżowanymi nogami Buddy i admirowała jego tchnące niebiańskim spokojem oblicze.
Słońce wreszcie wzeszło, oświetlając ośnieżone zbocza. Powoli pięło się po nieboskłonie, a poranne cienie stawały się coraz krótsze. Niosące śnieg chmury odpłynęły z wiatrem, a ponad nią rysowały się na jasnym błękicie tylko drobne poszarpane obłoki, zwiastujące pogodny dzień. Niestrudzenie warowała na swym posterunku, nie zamierzając nigdzie ruszać się z miejsca, a tym bardziej zdradzać kryjówki, w której się schroniła. Nie miała materaca i puchowego śpiwora, jednakże nie groziło jej osłabienie organizmu i nie kąsało ją zimno.
— Jest — szepnęła do siebie z satysfakcją, skupiając całą uwagę na wejściu do jaskini. — Yeti.
Nie miała już ani cienia wątpliwości, że dotarła do celu. Śnieg, który zebrał się przez noc, częściowo już zasłaniający wylot, jakaś kosmata dłoń odgarnęła, a zdumionym oczom wojowniczki ukazało się osobliwe i niespotykane zwierzę. To był naprawdę niezwykle rzadki okaz. Legendarny Yeti pod pewnymi względami przypominał goryla, jednakże musiała uznać, iż ta zamieszkująca tropikalne lasy afrykańskie dwumetrowej wysokości małpa człekokształtna miała się do niego pewnie tak jak słoń do mamuta. Stwór wypełzł na czworakach z otworu, a potem się dumnie wyprostował. Ubarwienie miał czarne, miejscami z brązowawym odcieniem, jednak skudłaconą sierść o wiele dłuższą niż goryl, twarz nieowłosioną, czarną, małe ślepia i silnie rozwinięte łuki nadoczodołowe. Był mniej więcej trzymetrowy i dość szeroki w barach, nie mówiąc o sporawych ramionach Oglądanie na własne oczy takiego okazu było niezwykle rzadkim przywilejem, zważywszy że człowiek śniegu unikał istot ludzkich. Zazwyczaj natrafiano jedynie na odciski jego ogromnych stóp i może też dlatego nie za bardzo wierzono w jego istnienie, opowieści o nim zaliczając do klechd i baśni. Sylvie mogła być naprawdę dumna z siebie, iż to właśnie jej udało się go wytropić. Zwierzę było niechybnie ostatnim reprezentantem jakiegoś dawno zaginionego gatunku, po którym nie pozostał już właściwie żaden ślad na powierzchni planety. Jednakże nie ono ciekawiło wojowniczkę i nie dla niego przefrymarczyła ona kilka mroźnych dni i kilka srogich górskich nocy.
— Ruszaj! — próbowała mu podszepnąć, bacznie lustrując monstrum ze swego bezpiecznego przyczółka.
Samobójstwo?
Nigdy wcześniej nie znajdowała się tak długo w kompletnej próżni i w temperaturze bliskiej zera bezwzględnego bez ciśnieniowego kombinezonu i innych należytych zabezpieczeń. Nigdy też nie przechodziła tak intensywnego przeobrażenia. Gdy tylko wytoczyła się ze śluzy, jej ciało groteskowo pociemniało, a wrażliwa skóra pokryła się karykaturalnymi bulgocącymi wykwitami, szybko stygnącymi i zamieniającymi się w twardą nieomal chitynową skorupę o charakterystycznych nierównomiernych wzorach na powierzchni. Nie oddychała, bo nie miała czym, ale serce nadal tańczyło, najpierw w bardzo szybkim, a potem w coraz to wolniejszym tempie. Przeszło jej przez myśl, że zamienia się w leniwego ociężałego żółwia albo w innego okrytego pancerzem gada. Nie sądziła, że tak wyrafinowane zabezpieczenia mogą być wpisane w jej skomplikowane DNA — jakby dla jej protoplastów z tej drugiej nieziemskiej linii spacery po przygnębiających powierzchniach opuszczonych asteroid były czym niezwyczajnym i codziennym. Ludzkie kształty stawały się coraz mniej widoczne, ustępując jakimś dziwacznym, odpychającym i podejrzanie owadzim.
— Obyś sczezł, łajdaku! — mamrotała, poruszając się na czworakach po nagich skałach planetoidy i starając się jeszcze bardziej oddalić od bazy.
Ktoś postronny, o ile przyglądałby się z boku jej beznadziejnie zwariowanym wyczynom, niechybnie uznałby, że wojowniczka w rozpaczliwy sposób pragnie rozstać się z życiem. Rzucała samobójcze wyzwanie losowi, który uczynił ją delikatnym i kruchym kwiatem. Jej szczupłą niewinną twarz po sukcesie na Ziemi znano już dzięki wszechobecnym mediom na wszystkich zamieszkałych planetach i księżycach Układu Słonecznego. Tu jednakże, we wrytej w grunt sporego skalnego ułomka zapomnianej bazie, znajdującej się o blisko sześć milionów kilometrów od ledwo widocznej gwiazdy, nikt jej nie mógł rozpoznać, ani dziwić się jej nonsensownym popisom. Nikogo bowiem oprócz niej nie było na tej mającej średnicę około kilometra planetoidzie.
Baza nie była zamieszkana. Sylvie przyleciała tu przeznaczonym do remontu sypiącym się dwuosobowym wahadłowcem, który porwała bez pytania ze stacji badawczej na Plutonie. Najbezczelniej w świecie go ukradła. Nie odpowiadała na wezwania radiowe, ignorując nawoływania do powrotu i ostrzeżenia, że sprzęt może zawieść. Pragnęła być sama. Zdesperowana uciekała, ale właściwie nie miała przed kim, bo nikt jej nie chciał ścigać. Z rozpaczą wpatrywała się w pokryte miliardami gwiazd odpychające zimne niebo. Gdzieś tam, w oddali, pozostawiła Ziemian, którym poświęciła najlepsze lata swego życia, i neogeneranów, intrygujących przybyszy z centrum Galaktyki, a szczególnie Yvesa. W nim się przecież zabujała po uszy. Bydlak zranił ją dotkliwie, porzucając dla innej kobiety i musiała się z tym jakoś pogodzić, czy tego chciała, czy nie. Jej życie poszło w drzazgi, straciła wiarę w sens wszystkiego, co prawdziwe, dobre i piękne, i odtąd nic już nie mogło być takie samo. Skończył się Eden, skończyło się życie brane po prostu, a jej raj zamienił się w straszliwe piekło. Pozostała gehenna. Jednakże klęska nie była w żaden sposób wpisana w jej złożoną naturę i w jej diabelnie silne ciało z jakimś szalonym zapisem genetycznym, z którym żaden Einstein by sobie nie poradził. Wydawać by się mogło, że została stworzona po to jedynie, by dumnie zwyciężać i radzić sobie wszędzie tam, gdzie inni poddawali się i padali jak ścięci, widząc przeszkody nie do pokonania.
— Ty wredny draniu. Ty podła kreaturo — syczała i świstała z uporem, nie godząc się z jego nielojalnością. — Ty dwulicowa męska świnio!
Słuchające jej charczących wyznań skaliste podłoże stawało się coraz bardziej nierówne. Ostrożnie raczkowała, nie mogąc sobie pozwolić na nagłe szusy, oderwałaby się bowiem od planetoidy i niechybnie bezradnie poleciałaby w kosmos, a jej doczesne szczątki krążyłyby grawitując po rozległej orbicie okołosłonecznej. Nie taki kres wybrała.
