Fragmenty z bloga [styczeń]
Dinuś z "Windy czasu"

Przez plątaninę rozrosłych skrzypów, widłaków i paproci gigantyczny gad przedarł się na oświetloną porannym słońcem podmokłą polanę. Olbrom poczuł narastający przypływ głodu. Był więźniem roślinożernego olbrzyma, który nieustannie poszukiwał nowego pokarmu. Ten miał ze dwadzieścia pięć metrów długości i ważył pewnie z pięćdziesiąt ton. Był zdrowym okazem, a jego gruba z lekka cętkowana skóra po obfitym nocnym deszczu jeszcze błyszczała. Posiadał sporą szyję, przednie kończyny dłuższe od tylnych, a nozdrza na czubku głowy. Brachiozaur cieszył się znakomitym apetytem, a przy tym zupełnie nie zwracał uwagi na otoczenie. Rychło mógł paść ofiarą mniejszych, ale uzbrojonych w ostre zęby agresywnych współbraci, których na zalesionej równinie nie brakowało. Neogeneranin próbował sobie wyobrazić, co by się z nim stało, gdyby ciało jego nosiciela zostało rozerwane na strzępy przez wygłodniałych mięsożerców. Zauważył poprzedniego dnia dwa młode tyranozaury. Bezradny, klął na czym świat stoi, ale niczego nie mógł uczynić w swojej sprawie. Tkwił w pułapce, w którą nieopatrznie sam siebie wpędził. Nagły odpływ energii, który odczuł podobnie jak pozostali podróżnicy w czasie, pozbawił go zupełnie możliwości manewru. Nie mógł się wydostać z majestatycznie krążącej po okolicy góry mięsa.
Był dinuś, nie ma dinusia...
O spękaną suchą ziemię zaczął głucho bębnić deszcz. Krople dżdżu smagały zrogowaciałą skórę gada. Wreszcie lunęło jak z cebra przy akompaniamencie głośnych wystrzałów podniebnej artylerii. W podmuchach świszczącego wichru strugi wody cięły wszystko z impetem. Żywioły sprzysięgły się, objawiając swą nadnaturalną moc, tak powietrze i woda, jak ogień i ziemia. Zapłonęło suche drzewo, rosnące na stoku wzgórza. Brachiozaur poderwał się z jękiem, gdy w jego ogromne cielsko trafił piorun, lecz zaraz potem opadł bezsilnie na mokrą trawę, przewalając się ciężko na bok. Kryjące się w jego trzewiach obce radośnie zapiało. Śmiał się Olbrom, sycący się energią, która napływała z ciemnego nieba. Był w oku szalejącej burzy i wydawało się, że siłą swej woli ściąga ku sobie wyładowania. Przez kilka minut zwariowane błyskawice raz po raz oplatały nieboskłon, kończąc swój żywot niezmiennie na szczycie wzgórza, jakby tu mieścił się ich dom. Grzmoty nie ustawały, to nasilając się, to słabnąc. Wreszcie obcy poczuł, że jest gotowy do występu — niby aktor, który pojawia się na scenie dopiero w finale sztuki. Mógł nareszcie wyrwać się z pułapki. Ciało leżącego dinozaura, który nie zdradzał już oznak życia, raptem potężnie eksplodowało i zdawać by się mogło, że w jego wnętrzu wybuchł pocisk artyleryjski. Krwawe szczątki zarzuciły wzgórze, znacząc się wszędzie dokoła niczym resztki po upiornym posiłku jakiegoś potwora giganta. Deszcz zaczął spłukiwać posokę, która szybko wsiąkała w glebę. Nad zwierzęcymi pozostałościami unosiła się półprzejrzysta zjawa, otoczona sinozieloną cmentarną poświatą. Płynąca w powietrzu meduza wabiła pioruny, prowokowała żywioły, rzucając się pod wiatr i wydając ostre, alarmujące piski. Karmiła się nadal błyskawicami, które ciskały z nieba zagniewane bóstwa. Rosła przy tym w siłę i potężniała.
Pocztówka z Afryki
Olbrom ledwo co wystawał z piasku, wkopany przy sterczącej w tym zakątku pustynnej skale, w panice przypatrując się błękitnemu niebu. Dygotał ze strachu. Czyżby wbrew jego woli ktoś go nagle przeniósł do innej epoki? To nie była burza piaskowa. Tej zresztą by się nie przeraził. Od zachodu nadleciał głośno warkoczący dwupłatowiec — dokładnie taki, jakie wypuszczano z wielu fabryk w połowie dwudziestego wieku. Krążyłby pewnie dłużej w tej okolicy, gdyby znienacka nie doszło do eksplozji na pokładzie — silnik zamilkł, a skrzydlaty zdobywca podniebnych przestrzeni opuścił dziób i wpadł w korkociąg, ciągnąc za sobą smugę dymu. Wreszcie uderzył o ziemię, ani chybi kończąc swój żywot — lecz tego ostatniego Olbrom już nie widział, bo miejsce przypuszczalnej katastrofy zasłaniały niewielkie piaszczyste wzgórza. Co jednak robił wynalazek z odległej przyszłości w czasach podbojów rzymskich i triumfów legionów imperatora? Na to pytanie neogeneranin, który ledwo co wyrwał się z objęć parku jurajskiego, naprawdę nie umiał odpowiedzieć. Nasuwało się zresztą tylko jedno wyjaśnienie tego nieziemskiego fenomenu.
— Bestia?! Czyżby i tu dotarła, przedzierając się przez pokłady czasu?
Wygrzebał się z piasku, wypluł skorpiona, który znalazł kryjówkę w jego otwartych ustach i znieruchomiał, w napięciu czekając na dalszy rozwój wypadków. To nie były pustynne halucynacje, oszukujące biedne przytępione zmysły, a on sam nie przypominał wycieńczonego nieszczęśnika, któremu z braku wody i pożywienia pod palącym słońcem zupełnie miesza się w głowie. Po takich pozostawały tylko białe kości, wyczyszczone przez szakale i sępy, i stanowiące potem wymowne ostrzeżenie dla innych nieroztropnych podróżnych.
— Koniec wypoczynku — z trwogą zarządził, mobilizując swe skąpe siły i rozglądając się ze wzmożoną uwagą po okolicy. Miał dwie możliwości: mógł walczyć z obcym lub uciekać — i szykował się tak do jednego jak do drugiego. Jednakże doskonale wiedział, że raczej to pierwsze rozwiązanie nie wejdzie w grę: zbyt był bowiem zestrachany, by z się z czymkolwiek mierzyć.
Nieziemska chimera zbliżała się bez pośpiechu, sunąc łagodnie po pustynnym gruncie. Bezbłędnie rozpoznawała kierunek, jakby drobna skała, za którą skrył się Olbrom, była najbardziej znanym punktem na mapie Afryki, i jakby do niej wiodły wszystkie okrzyczane turystyczne szlaki kontynentu. Jedynym śladem, który pozostawiała po sobie, było wyraźne odbicie gąsienic, pojawiające się na miałkim piasku. Nieziemsko przeźroczysta, sunęła jak czołg, jeden z tych, które miały się tu pojawić dopiero w latach czterdziestych dwudziestego stulecia w związku z walkami na afrykańskim froncie. Ale to przecież nie była druga wojna światowa.
— Najpierw dwupłatowiec, a teraz tank? Cóż to za zwariowana maskarada? — podpytywał siebie z trwogą, usiłując dodać sobie odwagi. — Bardzo śmieszne. Przezabawne i komiczne.
W gruncie rzeczy wcale nie było mu do śmiechu. Lęk w nim narastał i potężniał. Panował jeszcze nad sobą, ale czuł, że sięga już granic wytrzymałości.
— A niech cię pochłoną wszystkie najgorsze moce! — z jego gardła wydobył się nagle bojaźliwy charkot. Zbyt długo pozostawał w stanie błogiego lenistwa, by teraz w okamgnieniu zamienić się w dzielnego wojownika i podjąć wyzwanie.
Wystrzelił spod kamiennej skały i jak szaleniec pognał na wschód w stronę Nilu. Pomykał szybko, z impetem rwał do przodu sto razy szybciej niż najszybsze karawany, ciągnąc za sobą tumany kurzu. Rozpędzony, orał wąską bruzdą piasek, a potem wzbił się, zamieniając się ni to w dziwacznego ptaka, ni to w wystrzelony ze zwariowanego działa pocisk artyleryjski. Cóż, był tchórzem, panikarzem i histerykiem. Nie miał lwiego serca, lecz zajęcze. I nie powinien był ruszać z innymi neogeneranami do nieznanego wymiaru kosmosu. Zbyt był przyziemny w swych dążeniach i celach. Jakiś głos wołał w nim panicznie "ratunku!", krzyczał w nim, łkał i rozpaczał, nie pozwalając na opamiętanie i nie pozostawiając miejsca nawet na odrobinę rozsądku.
Uspokoił się dopiero wtedy, gdy z wysokości przeszło tysiąca metrów ujrzał pod sobą dolinę Nilu. Napięcie w nim zelżało. Łagodnie spływał w dół, nieomal jak jedwabny szal, wyrwany przez burzę piaskową ze skórzanej sakwy wędrującego w karawanie handlarza. Granica między gruntami rolnymi a pustynią przebiegała raptownie, a zarośla papirusów znaczyły się na brzegach wylewów. Słońce prawie dotykało już linii horyzontu, rzucając długie cienie. Uzmysłowił sobie, że bestia została daleko z tyłu, może o dzień drogi wielbłądem, więc dał się porwać lekkim podmuchom wiatru, który zniósł go w stronę nekropolii, mieszczących się na zachód od Memfis.
Czy są możliwe podróże w czasie?
W kilkanaście minut później wstąpił od niechcenia do odwiedzanej przez nich kafejki, po czym usiadł przy stoliczku w cichym kącie i zamówił butelkę piwa. Młody kelner bez pytania przyniósł mu jego ulubione holenderskie. Skosztował i zadumał się nad tym, co działo się wokół niego.
— Przeszłość i przyszłość — skrzywił się sardonicznie, przypominając sobie pachnący jeszcze farbą drukarską numer kwartalnika naukowego, który rankiem trzymał w rękach. — A jaki ma sens refleksja filozoficzna, którą odarto z pryncypiów? — zdawał się pytać autora artykułu.
W tym wymiarze wszechświata bieg zdarzeń pozostawał nieodwracalny, co dokumentnie uzależniało kruche istoty ludzkie od tykającego zegara i kolejnych kartek kalendarza. Przecudowna właściwość, zwana realnością zjawisk, przysługiwała jedynie temu, co w strumieniu czasu rozgrywało się tu i teraz, hic et nunc. Reszta była czymś ulotnym i mglistym, jakby echem tego, co aktualne, czymś, czego naprawdę nie ma: już to wspomnieniem tego, co zaszło, już to przeczuciem tego, co dopiero miało nadejść. Wydarzeniami z przeszłości zajmowali się na Ziemi historycy, autorzy reportaży, pamiętników i wspomnień, noweliści i powieściopisarze, różnej maści dokumentaliści, czy wreszcie archeolodzy — przyszłość zaś można było jedynie mniej lub bardziej udolnie przewidywać, o ile kogoś bawiły niezobowiązujące igraszki futurologiczne lub chciał się parać literaturą science fiction. Z kolei według przybyszy rzeczywiste było wszystko w czasie, od minus do plus nieskończoności, o ile umiało się w nim podróżować. Przeszłość pozostawała nie mniej realna niż teraźniejszość, podobnie też malownicza przyszłość. Aby wszelako pojąć tę fundamentalną prawdę, należało porzucić nawyk uprawiania żenującej filozofii przemijania i wyrwać się z ograniczeń temporalnych — no i na koniec obznajomić się ze swobodnym poruszaniem się w strumieniu dziejów. Całkiem na miejscu był obraz rzeki, po której dawało się z powodzeniem płynąć z prądem i pod prąd. Bagatelka, wystarczyło się raz tego nauczyć, podobnie jak kraula czy żabki, czy też jak jazdy samochodem. Ziemianom jednak wydawało się brakować naprawdę zdolnych mistrzów i nauczycieli, a gdyby się tacy jakimś cudem znaleźli i usiłowali forsować swoje poglądy, i tak by ich pozamykano w klinikach psychiatrycznych. Zaświtała Erwowi niejasna myśl, że to grecki filozof, Heraklit, był najbliżej genialnego i wstrząsającego podwalinami wiedzy o świecie odkrycia natury czasu, zabrakło mu wszakże odwagi, by postawić kropkę nad i.
Tajemne moce
Wpatrywał się w stojącą przed nim na stoliku wysoką szklankę z piwem, powolutku przesuwając ją po śliskim blacie siłą woli, a jego myśli krążyły nad nienawistnym obcym. Wiedział już, jak należy z nim walczyć.
Tajemnych mocy ciąg dalszy
Przed wysoką kamienicą, w której wynajmował mieszkanie, zatrzymał się wyczekująco, nie chcąc, by go ujrzał i zapamiętał dociekliwy dozorca. Chwilę trwały jego telepatyczne manewry, aż wreszcie udało ma się wypłoszyć siedzącego za kontuarem koślawego Antoine'a, który zniknął gdzieś na zapleczu. Wszedł przez oszklone drzwi, a potem prawie na palcach zbliżył się do windy.
Źle o kobietach
— Nieszczęśniku! — szepnęła do siebie, myśląc o tamtym. — Souvent femme varie; bien fol est qui s'y fie. Powinnam cię była zaprosić do siebie, to przyjrzałbyś się bliżej takim sukom jak ona.
Zmarszczki na jej czole dowodziły, że nie radowała się z decyzji neogeneranina. Wyczuwała ohydny podstęp. Dość dobrze już zgłębiła zawiłości relacji między samicami i samcami gatunku Homo sapiens. Pamiętała o tym, iż kobieta, zwłaszcza młoda i urodziwa, potrafi — jeśli zechce — zręcznie owinąć sobie mężczyznę wokół palca: tak młodziana jak starego konia. Tutejsze anielice były w gruncie rzeczy diablicami — im gładsza i piękniejsza, tym bardziej zepsuta i tym bardziej złakniona władzy, szukająca poklasku, goniąca za pięknymi strojami i wypchanym trzosem. Intuicja jej nieomylnie podpowiadała, że niosąca im wybawienie Sylvie wcale nie była tą personą, za którą się podawała. Jej intencje nie pozostawały tak szczere, jak im to wmawiała, i po babsku mydliła im oczy. Coś niebezpiecznego, a zarazem nieuchwytnego czaiło się za grą, w którą wciągnęła potulnego Erwa, umiejętnie go prowokując do podniesienia przyłbicy i ujawnienia starannie maskowanego pochodzenia. Niestety, sama była za daleko od głównego nurtu zdarzeń, by dysponować przekonującymi dowodami na poparcie swych domysłów.
Pocztówka z Tahiti
Biały jacht miarowo się kołysał, łagodnie poddając się uderzeniom regularnie napływających fal, a rozleniwiony i ospały Andres wyciągnięty spoczywał na pokładzie, wystawiając do słońca mocno opalone ciało. Miał na sobie tylko ciasne slipy. Kapryśny los mu sprzyjał i szczęśliwym trafem znalazł się na samym środku rozległego Pacyfiku. I to w jakim miejscu? Na najbardziej czarownym skrawku lądu. Zgrabne długonogie laski i wspaniałe złote plaże warte były każdej ceny. A tym bardziej tu, na okrzyczanej Tahiti. Błądził apatycznie myślami po sąsiadującej z nią Moorea. Byłby patałachem, gdyby i tam nie wsadził nosa. Kosztował na tamtej wyspie odpowiednio przyrządzonych i podanych na przykrytym liśćmi tarua kamiennym stole najwspanialszych na świecie ananasów, owoców mango, papaja, awokado i guanabana. Z zatoki Vaiare jacyś szwedzcy turyści zabrali go na Le Belvédére, skąd roztaczał się wspaniały widok na dwie największe zatoki, Opunohu i Cooka, rozdzielone malowniczym szczytem Rotui. W głąb wyspy można było dostać się tylko jeepem ze względu na bardzo wyboiste i poprzecinane szerokimi strumieniami drogi. Mimo karkołomnej jazdy mógł podziwiać plantacje ananasów, kawy, niepospolicie piękne kwiaty, dorodne paprocie i soczystą zieleń stoków górskich. Czuł ten jedyny i niepowtarzalny zapach tropikalnej dżungli.
Stukot o lewą burtę, który wyrwał go z rozkosznego półsnu, powtórzył się po krótkiej chwili i chłopak wywnioskował, że powinien się podnieść i dla zwykłej przyzwoitości sprawdzić, co dzieje się w wodzie. Przecież to nie był jego jacht, więc musiał uważać. Ta luksusowa łajba była warta kupę szmalu. Przyszło mu do głowy, że trafił na zagubioną boję lub na deskę do surfingu. Ludzie wrzucali do wody byle co, nie martwiąc się o to, co się potem stanie. Jednego był pewny. W tym miejscu nie było koralowca.
— Kapitanie, rusz pan dupsko! — pogonił samego siebie.
Po przejściu przez wyłom w rafie okalającej Tahiti zakotwiczył jacht nieco na północ od morskiej trasy na Moorea, nie oddalając się wszakże zbytnio od wyspy, a wiejący z prędkością 16 węzłów pasat spychał go na pełne morze.
— Co tam?! — prychnął, przechylając się przez barierkę. — Nie biorę nikogo stopem...
To nie była boja, ani deska surfingowa. Unoszący się na wodzie przedmiot przypominał raczej dużą pękatą butlę, rodzaj antałka lub gąsiora na wino. Poprzedniego dnia nad portem Papeete przeszły dwa deszczowe szkwały, więc pewnie coś ze sobą przyniosły.
— Hę, ten Pacyfik to niezły śmietnik!
Przypadkowe znalezisko od razu pobudziło jego wyobraźnię. Skojarzył je sobie ze skarbami dawnych piratów, którzy na tych morzach z powodzeniem uprawiali swe znienawidzone przez żeglarzy rzemiosło. Migiem skoczył po ukrytą pod pokładem dużą siatkę na ryby, potem zanurzył ją ostrożnie w wodzie i przechylając się oburącz wyciągnął na jacht zdobycz.
— Frutti di mare? — półszepnął z nieskrywanym przejęciem. — Do diaska, ależ mam fart. Najpierw łódź, teraz to...
Delikatnie postawił butlę na pokładzie, obrywając z niej wodorosty i dziwiąc się, że wykonana z grubego szkła czasza wytrzymała lata konfrontacji z południowymi żywiołami.
Co było w tym antałku?
— O, w mordę, tylko nie to... — wymamrotał nie na żarty przerażony, odruchowo odsuwając się od gąsiora. Niezdrowa ciekawość okazała się pierwszym krokiem do piekła.
Ciężki upiorny dym wydawał się żyć własnym demonicznym życiem. Nieustępliwie powracał na pokład, nie poddając się podmuchom pasatu, ani nie rozpływając się w powietrzu. Niby jakiś pasożyt szukał sobie miejsca. Rozkładał się nierównomiernie po deskach jachtu, skupiając się w wybranych punktach. Rychło też zarysowały się tam blade kształty czterech niedorzecznie absurdalnych i szalonych postaci. Te przypominały najpierw lekką, drżącą mgiełkę, lecz potem nabrały wyrazistości i barw. Traciły pierwotną przeźroczystość. Coraz bardziej się urealniały i makabrycznie ziszczały.
Struchlały Andres cofnął się jeszcze bardziej, natrafiając na barierkę i wybałuszył przerażone oczy. Dalej nie mógł uciec. Szkoda, że nie miał na sobie sprzętu do nurkowania. Dałby dyla do wody. Był w potrzasku i zaczął żałować, że lekkomyślnie wydobył butlę z morza i że nie pozostawił jej własnemu losowi.
— Tupapau — szepnął z nabożnym lękiem. Był na Tahiti, a tu w starych bogów wszyscy jeszcze wierzyli. Dusze umarłych były uwięzione w kamiennych głazach i nie należało ich uwalniać. Licho nie spało. W nocy w większości tahitańskich domów świeciło się jakieś światełko, które je ponoć skutecznie odstraszało.
Nieznajomy mężczyzna, który zmaterializował się najbliżej chłopaka, poruszył się, dowodząc, że nie jest postacią z gabinetu figur woskowych i obrzucił młokosa zimnym taksującym spojrzeniem. Prezentował się zadziwiająco współcześnie — w przeciwieństwie do pozostałych zjaw. Młoda kobieta paradowała w sukni, żywcem wyciętej z rycin ze strojami z epoki francuskiego baroku. Ci, stojący na rufie, kojarzyli się natomiast z odległą starożytnością. Andres studiował w Barcelonie historię sztuki i przeszło mu przez głowę, że tak zwariowanej tahitańskiej sceny nawet sam Paul Gauguin by nie namalował.
