izz Wright na Ladies Jazz Festival 2008
2008-07-11
Lizz Wright - My Heart (Official Music Video)
Kolejny już raz w lipcu do gdyńskiego Teatru Muzycznego zjeżdżają panie. Ale nie jakieś tam panie, tylko artystki z kręgów szeroko rozumianej muzyki okołojazzowej. Tym razem Ladies Jazz Festival trwa aż 4 dni i ma wyjątkowo bogatą obsadę.
Jako pierwsza publiczności miała okazję zaprezentować się Lizz Wright. Jej występ okazał się być wyśmienitym początkiem tego unikalnego święta muzyki.
Z mojej rozmowy z bileterką wynikało, że koncert Lizz został wyprzedany do ostatniego miejsca, co można było łatwo potwierdzić, rzuciwszy okiem na główną salę koncertową Teatru Muzycznego. Ta obecna od kilku lat na rynku, wciąż młoda czarnoskóra Amerykanka zdobywa w Polsce rosnącą popularność, a mimo to byłem nieco zaskoczony, patrząc na pełną salę.
Oczekiwanie na Lizz nie trwało zbyt długo – w łagodnym, ciepłym świetle pojawili się najpierw jej instrumentaliści. Po lewej stronie sceny perkusista, następnie basista, po drugiej stronie gitarzysta (wyposażony w zaiste imponującą fryzurę), a skrajnie na prawo pan od klawiszy i rozmaitych efektów dźwiękowych (dla równowagi pozbawiony owłosienia na głowie). Cóż tam jednak muzycy, przecież i tak czekamy wszyscy na nią... I wychodzi!
Lizz Wright, skromnie ubrana, wychodzi na scenę i zajmuje miejsce pomiędzy swoimi muzykami. Dosłownie pomiędzy – trzyma się blisko każdego z nich, jakby z nieśmiałości zostawiając sporą przestrzeń dzielącą ją od publiki. Nieśmiało także wita się po pierwszym utworze, przedstawiając przy okazji swój zespół i dziękując za zaproszenie. Po czym odrzuca z ramion szal czy bolerko, jakby symbolicznie odsłaniając się przed nami i zabiera nas w krainę swoich emocji. Bo o ile muzycznie obracamy się w jazzowych, czy raczej jazzujących klimatach (wycieczki w stronę soulu czy tzw. adult contemporary słychać wyraźnie, a klasycznego jazzu rozbrzmiewa niewiele), to instrumentalna strona koncertu nie jest aż tak ważna. Dlaczego? Otóż swoim ciepłym, niskim, aksamitnym głosem Lizz potrafi pobudzić. Pobudzić do myślenia i odczuwania. Jest smutno, jest ciepło, jest nostalgicznie... nudno? O nie. Bardzo dobrze dobiera repertuar i aranżacje, przeplatając spokojniejsze utwory takimi, dzięki którym rozumiem już, po co w ogóle na scenie jest perkusista – bo przecież ten ciepły klimat wolniejszych utworów wspaniale tworzą klawisze współgrające idealnie z basem i wchodzącą tu i tam gitarą. Niektóre aranżacje długo się rozwijają, przechodząc od delikatnego tła dla głosu Lizz do pozbawionych wokalu jamów. Tworzy się nawet miejsce dla gitarowych solówek, nagradzanych owacjami publiczności, która zresztą w końcu przestaje nieruchomo i w milczeniu obserwować wysiłki Lizz i zespołu. We wszystkim jednak równowaga – bo jeszcze jeden szybszy utwór i zatracilibyśmy te emocje, o które najbardziej w tym koncercie chodzi. Wokalistka jeszcze parę razy pyta publikę, czy ta dobrze się bawi, zaznaczając, że coś cicho jesteśmy, a w odpowiedzi dostaje głośny aplauz. Kokieteria? Może... Wdzięku Lizz z całą pewnością odmówić nie można.
Pod koniec głównej części koncertu Lizz zostaje na scenie tylko z gitarzystą i grają jeden utwór w wersji akustycznej. I o ile publika najgoręcej reagowała na te bardziej rozbudowane aranżacje, ja się cieszę właśnie z tych momentów, gdy głosowi Lizz towarzyszy możliwie mało innych dźwięków. Na koniec znów grają wszyscy, po czym schodzą żegnani owacją na stojąco. Wracają na dwa utwory, po czym wreszcie dostaję to, co mi się marzyło przez cały ten występ – Lizz śpiewającą a capella. W takim bowiem właśnie wydaniu najbardziej można nacieszyć się jej głosem i najmocniej wciągnąć w emocje, które niesie. Żegnana oklaskami, schodzi ze sceny, dając się gdyńskiej publiczności naprawdę dobrze zapamiętać.
Tegoroczny Ladies Jazz Festival zaczął się zaiste wybornie. Jeśli tak mają wyglądać rządy kobiet, to ja jestem za natychmiastowym wprowadzeniem matriarchatu.
Lizz Wright – jak smakuje jazz
Kiedy w śpiewanie wkłada się całe swoje serce, co wieczór powołuje
się do życia innego potwora.
Lizz Wright, na długo zanim zaczęła pisać piosenki na nową płytę, wybrała się w odwiedziny do swojej rodziny w Georgii. Tam zaczęła robić zdjęcia. Uwieczniała mokradła i pola bawełny, gdzie bawiła się jako dziecko, kościół, gdzie nauczyła się śpiewać gospel, i piaszczyste drogi, które przemierzała.
Ta 28-letnia piosenkarka, której dwie poprzednie płyty zostały wysoko ocenione, chciała przypomnieć sobie, skąd pochodzi i oprzeć swoją nową płytę "The Orchard" na temacie powrotu do domu. Ale zarówno te zdjęcia, jak i silne emocje, jakie wzbudziły, okazały się ważniejsze niż podróż sentymentalna. Wright wróciła do korzeni i znalazła swój własny głos.
- Uważam się za interpretatorkę i gawędziarkę, ale na wcześniejszych płytach pożyczałam historie innych ludzi, bazowałam na piosenkach napisanych przez innych - mówi. - Do domu pojechałam, żeby powspominać przeszłość i zobaczyć, czy dobrze pamiętam swoją własną historię. To było wielkie wyzwanie dla artystki o aksamitnym, zmysłowym głosie, dzięki któremu była porównywana do Dianne Reeves, Cassandry Wilson, Dinah Washington, Abbey Lincoln, Niny Simone, Tracy Chapman i Odetty. Wright chciała udowodnić, że ma swój własny styl. Jednak jej wcześniejsze dokonania stanowiły mieszankę stylów: jazzu, bluesa, gospel, muzyki klasycznej, rocka, neo-soulu, muzyki folkowej i country, przez co trudno uplasować ją w konkretnej kategorii muzycznej.


Próbując stworzyć nową jakość piosenkarka napisała na swoją nową płytę, wspólnie z Toshi Regonem, 12 piosenek. Po raz kolejny pracowała z Craigiem Streetem, producentem świetnych płyt Wilson i K.D. Lang. "The Orchard" nosi muzyczne piętno Streeta – wyciszone rytmy, przyciszone chórki i inteligentną, niezwykłą grę pomiędzy gitarą akustyczną i elektryczną. Efekt to prawdziwy artystyczny zwrot w karierze Wright: jej czarujący, zmysłowy głos zyskał teraz odpowiednią oprawę.
- Czuję, że w końcu znalazłam swoją drogę, że wreszcie mogę być sobą - mówi Wright, pijąc herbatę w biurze swojego nowojorskiego agenta, parę dni przed rozpoczęciem amerykańskiej i międzynarodowej trasy. - Jest wiele historii, które chciałabym opowiedzieć – dzięki tej płycie mogłam to zrobić z rozmachem.
Jeśli "The Orchard" stanowi zmianę stylistyczną, firma wydawnicza Wright, Verve Forecast, wierzy, że będzie to również wielka zmiana pod względem komercyjnym. Dwie poprzednie płyty Wright, "Salt" i "Dreaming Wide Awake", znalazły łącznie 210 tysięcy nabywców. Nowa płyta, wydana w ubiegłym tygodniu, jest sprzedawana w sieci Starbucks – to wielka szansa dla piosenkarki, mającej ambicję dotrzeć do szerszej publiczności.
Wright jest pełna przeciwieństw. Piosenki na jej nowej płycie rozwijają się powoli i zmysłowo, często osiągając szczyt erotycznej energii i napięcia – mają wielką siłę rażenia. Jej występy na żywo, pełne szczerych emocji i pozbawione niepotrzebnych wokalnych ozdobników, oczarowują słuchaczy.
Poza sceną Wright okazuje się osobą zdystansowaną, wymownie cichą. Trzeba się pochylić, żeby usłyszeć jej głos. Wiele z tego, co mówi, ginie w zagadkowym uśmiechu, który pojawia się na jej twarzy. Zanim odpowie, zastanawia się przez parę sekund, starannie dobierając słowa. Jej poczucie humoru, kiedy już się uwidoczni – jest subtelne.
Mówi, że jej nowe piosenki "nie zawierają zbyt wielu słów". - Nie ma w nich ukrytej poezji. Jest dużo emocji. Chciałam teraz być kobietą. Nikim innym, tylko sobą.
Współpraca Wright z Reagonem to pomysł Streeta. Z początku piosenkarka denerwowała się, usiłując znaleźć równowagę pomiędzy słowami i muzyką. Dodatkowa, smutna piosenka otwierająca płytę, "Coming Home", powstała kiedy Reagon spisał pomysły Wright. I włożył jej w dłonie gitarę.