michał petryk = mikkapet_=+=_yahoo.co.uk
Neutrino Z obojętnym ładunkiem doświadczeń mknę jak duch swoich byłych błędów i obecnych. Może nawet nieco szybciej niż światło na ocienione siatkówki w twoich oczach. Zapominanie nie zajmuje czasu. Wzgardzona codzienna czynność uwalnia, jak nic innego... Ale przypomnienie też... Gdybym faktycznie był szybszy wyprzedziłbym fotony o cztery godziny lecąc na Ziemię z gwiazdozbioru Złotej Ryby, z okolic Mgławicy Tarantuli w Wielkim Obłoku Magellana. Ale może wcale mnie tam nie było. Może nie wyplułem w przestrzeń osiemnastu słońc i nie byłem ich częścią. Pierwszy dzień lata i drugi Śniło mi się, że graliśmy w karty. Wszystko było moralnie higieniczne tak, jak wtedy, kiedy poznaliśmy się na kilka miesięcy raczej na dwa nie dłużej. Wtedy chodziłem tam z nadzieją, że cię spotkam. Liczyłem na niemożliwe. We śnie grał z nami Sokół. To chyba był jakiś dziwny poker. Potem wbiegłem na wzgórze tego dnia nie było mgły i zatoka błyszczała błękitem. Po śniadaniu błądziłem wśród chorych i bezdomnych. Szukałem tramwaju, który jechał pod moimi stopami. Kiedy dojechałem nim nad ocean, fale pełne były piasku. Plaża tak gorąca, że musiałem założyć buty. Do centrum dotarłem za wcześnie i poszedłem do chińskiej dzielnicy, gdzie turyści tłoczyli się między sklepami. Piłem zieloną herbatę i wysypywałem piach z butów. Wieczór nadszedł szybko. Jedliśmy tajskie dania i spacerowaliśmy po mieście. Następnego dnia pobiegłem wyżej i inną drogą. Basen Richard zapomniał kąpielówek jedyna rzecz, o której musisz pamiętać, kiedy idziesz na basen, mówi Wang, wściec się można. Leo też był pod wrażeniem. Moja paczka nie doszła, zmartwiłem się, ale potem pomyślałem, że to jak z kierowcami, jeśli jedziesz daleko nie możesz złościć się na każdego, który minie cię zbyt blisko, to bezcelowe i męczące. Ocean jest zawsze blisko, nawet kiedy jesteś w głębi kontynentu, unosi się w powietrzu, krąży twoim ciałem, faluje w głowie - jest jeden zawsze spokojny. Santa Monica O czym kraczą kruki nad głowami bezdomnych, którzy jak biznesmeni w delegacji ciągną walizki na kółkach. Surferzy jak czarne foki ślizgają się w białej pianie przyboju. Kiedy biegłem skrajem oceanu, znalazłem pełną puszkę. Nie wiem czy zobaczyłem go wcześniej, leżał oparty na łokciu i popijał. Rzuciłem mu moje nowo znalezione piwo. Ucieszył się, ale nie bardzo, bez przesady. Miał farta - po prosu leżał na plaży, pierwszy kwietnia, a już o wschodzie słońca całkiem ciepło, niebo bezchmurne, między palmami krążyły kruki. Szybują pewnie, startują i lądują nonszalancko, ostrożnie i spokojnie przyglądają się, jak płynie czas. Prawie codziennie biegnę tamtędy. Małą uliczką nad rzekę, przecinając większą, a potem całkiem dużą. Potem nad wodą wąską, piaszczystą ścieżką obok asfaltowej alejki. Mijają mnie rowerzyści, mijam biegaczy i spacerowiczów. Czasami z tyłu słyszę kroki, zbliżają się i ktoś mnie wyprzedza. Rzekę przecina mnóstwo mostów. Mijam cztery albo pięć z nich, jeden dla pieszych. Właśnie przy schodach na niego prowadzących zatrzymuje swój wózek inwalida. Siedzi sam i pali papierosy, popatrując na biegaczy i spacerowiczów. Początkowo obawiałem się jego spojrzenia, myślałem, że jakoś nie w porządku jest kierować na niego wzrok. Kiedyś rzuciłem jednak okiem i zobaczyłem, że się leciutko uśmiecha przy swoim petku, odwrócony plecami do błękitnej od nieba rzeki. Ten most jest drugi na mojej drodze, kiedy wracam, a wracam tą samą trasą, jest przedostatni i mogę się rozpędzić, bo jestem porządnie rozgrzany. spalony błękit i płonne nadzieje milczenie po trzykroć tłumy na ulicach obalają tyranów instalują dyktatorów zrzekają się praw na rzecz korporacji za darmo oddają informacje o sobie rozczochrana w podmuchach lodowatego wiatru stoi na moście i patrzy zamyślona w całkowitej pustce poranka poruszają się tylko wnętrza spalinowych silników nawet ptaki zatrzymały się w powietrzu nieruchome serca pacjentów uspokajają lekarzy już po wszystkim myśli i zakłada czapkę kiedy robi pierwszy krok miasto gwałtownie przyspiesza huk narasta i uspokaja mieszkańców psy podnoszą łapy i płynie z nich mocz kał przez białe muszle trafia rzeką do morza dzieci drżą ze strachu przed zbrodniarzami z pokoju nauczycielskiego dorośli zacierają ręce i ruszają trzaskając drzwiami dla R.Z. nowe priorytety po spotkaniu z nieznajomą zimne poranki i chwile bez pamięci najwewnętrzniejsze pokłady ciepła wylewane przez usta niepewność pomieszana z przekonaniem od początku każdy z nas wiedział tak... to się skończy no może nie całkiem od początku ale przeczuwaliśmy od dawna zacznie się coś nowego a w międzyczasie jest otchłań teraźniejszość najgłębszy błękit lód jak szkło pęka pod podeszwami biegnij spokojnym krokiem pamiętaj o rozciąganiu mięśni i czasu nad rzeką która zamarzła ale pod powierzchnią lodu kłębią się ryby i ścieki z innych miast tam gdzie jesteś zawsze będzie stolica wokół ciebie znajduje się centrum płyniesz w powietrzu, wodzie i pamięci bez zbędnych złudzeń bez złudnego przywiązania Kiedy zastanawiam się, kim jestem? Przypominam sobie, jak upadłem na głowę. Urodziłem się kolejny raz na środku ulicy, kiedy się oglądałem. A potem znowu, kiedy biegłem nad rzeką, spotkałem szczura i on też był mną. Zawrócił gwałtownie i o mało nie wbiegł mi pod nogi. Trochę się przestraszył, ale nie bardzo. W parku przy moście biegł ze mną królik. Nad siedzibą komputerowego giganta pozdrowił mnie kruk. Nie bardzo często spotykam spojrzenie, puste i spokojne, jak woda w bezwietrzny dzień. Jak lustro w łazience są wyrazy twarzy i oczu. To ja jestem po obu stronach. Albo jeśli chcę być książką, to jestem chwilą gdy przewracam kartkę. Jestem ostatnim wdechem przed końcem basenu, zawracam i zostawiam się za plecami. Miarowo odmierzam dni i odcinki przestrzeni. Spaceruję po parku i jestem parkiem. Oddycham powietrzem i jestem wodą. Piję wodę i jestem ogniem. Spalam się na popiół i jestem ziemią. Elektryczne cykady brzęczą jak druty wysokiego napięcia przebiegają razem z nami przez autostrady zupełnie jak te małe sprytne króliczki zostają w swoich kryjówkach kiedy siedzimy na plaży pod czujnym okiem białych mew i albatrosów mają swoje ulubione pory i kiedy zaczną śpiewać nic nie jest w stanie ich zagłuszyć nawet policyjne syreny są bezsilne ich pieśni brzmią jak elektryczne awarie jak brzęki klimatyzatorów trudno uwierzyć że śpiewają o życiu o cierpieniu, przyczynie, wolności i drodze ale oczywiście słyszę, to co chcę za każdym razem, kiedy odzywają się między krzykami ptaków powstają na nowo ze światła albo z ciemności, pamiętasz kiedy spacerowaliśmy nad jeziorem pojawił się ekscentryczny nietoperz, latał w świetle dnia pewnie obudził się głodny w chwilach jasności rozumiem świeżą chwilę bez ciężaru przeszłości owszem są konsekwencje dzieciństwo i durne lata potem elektryczne cykady nie płaczą za tym co było krzeszą dźwięki olmajlajf urodziłem się w szpitalu nic nie pamiętam ale wiem że był listopad zdaje się padał śnieg często przechodzę obok tego budynku dobudowano do niego zadaszony podjazd dla karetek i dalej się rozrasta echem efektu Dopplera w grze czarnowłosego saksofonisty ulice rozbiegają się we wszystkich kierunkach zderzają ze sobą w innych galaktykach porannej mgły zgiełku gniewu remontów i autoalarmów szczęśliwie właściciele w centrum nie oddalają się od samochodów siedzą w mieszkaniach i biurach żeby potem wepchnąć się w ciepłe lepkie benzynowe brzuszyska a dookoła nich powietrze gęstnieje jak świeża czarna ropa z wyglądu zupełnie podobna do kawy coraz ściślejsze stają się popołudnia w parkach i mieszkaniach kumuluje się półmrok nawet kiedy jasno świeci słońce za szkłami słonecznych okularów gdzieś w czaszkach panuje całkowita ciemność i senne rozleniwienie potem budzą się ekspresy i lodówki z piwem przynosząc ulotne sny zmieszane ze wspomnieniami z przyszłości pardon przeszłości i zupełnie odwrotnie obserwacjami chwili obecnej Hydraulicy Szepczą w łazience i wymieniają rury mieszczą się w głowie z trudem mieszkańcy okolicznych ulic omijają szerokie niebo ukrywają się w pakamerach i sklepach monopolowych napędzani wódką i papierosami jak nędzni poeci z przeszłości nie ma nic do powiedzenia przez zamknięte i otwarte drzwi słyszę tylko bluzgi słyszę tylko bluzgi nic innego nie rozumiem reszta jest szumem powoli napełnia się zimna przestrzeń za oczami płaska warstwa chmur zasłania błękit nie pozostaje wiele powoli cicho sączą się kanalizacyjne anomalie zapachy tego co nosisz w sobie cały dzień całe życie szepczą w łazience to nie halucynacje nie demony nie zwidy hydraulicy udają że się udał i nie cieknie gdzie nie miało ktoś smaruje bruzdy gipsem albo ma nadzieję na szczęśliwe zakończenie Zobaczyłem twarze i gesty i usłyszałem głosy tych którzy kochali wolność wołali ją pomiędzy walącymi się domami pomiędzy nitkami autostrad i podmuchami ciepłego wiatru stali tu i tam i patrzyli tak daleko chociaż nigdzie nie było widać horyzontu szukali wzrokiem następnych dni poprzednich dni wreszcie odwracali oczy do środka i widzieli jak w ich głowach mieszają się wspomnienia dobre i złe słodkie i gorzkie nie było nic do gadania można tylko słuchać podskórnego brzmienia ulic po których wiatr rozlewa światło wszystkich słońc i gwiazd to wszystko czuli moi ludzie moi ludzie dla których ja jestem ich człowiekiem wszyscy ułamki oddechu i pocałunek asfaltu moment ciemności i strumyk krwi pewne dłonie chirurga doktorze respekt trzy razy trzy szwy podpuchnięte oczy bezruch dni i maligna nocy budzę się do tego snu kiedy widzę śmierć w białym świetle jak wtedy na chwilę ciemność a potem nie ja dziś nie ja przyczyny i skutki są przyczynami przyczyn powoli rozkręcam swoje serce nie jestem tym kim byłem w dzieciństwie nie ma już tamtego mnie nie istnieję ja sprzed sekundy to jest śmierć w każdym ułamku oddechu subtelny wiatr we mgle Archipelag bólu w oceanie histerii łatwo uwierzyć i przywiązać się do iluzji istnienia do ciała i głosów kolorów światła i aluminiowego konkretu japońskich korb i włoskich mostków odczytów z suwmiarki ostatecznych wymiarów zapamiętać przedmioty tak mocno żeby zapomnieć o węglu i wodzie o duszy i pustce białym świetle formy niemal całkowitej ciemności przejścia cała planeta jest młynkiem modlitewnym każdy oddech afirmacją nawet jeśli zaprzeczysz nawet kiedy się wściekniesz jeśli nie jestem tu to nie ma mnie w ogóle znów wpływam między wyspy bólu pomiędzy nimi faluje zwykły strach a mewy i albatrosy krzyczą złuda, złuda, złuda w swoim morskim języku gorący chłód miłości uśmiechy nieznajomych szum obcych klimatyzacji zobaczyłem to wszystko widziałem nawet szum lekkie zakłócenie w kącie oka gdzie przed chwilą mignęły światła samochodu napinam mięśnie i łańcuch rozluźniam związki rządów z moim życiem zasypuję kurzem książki zostawiam za plecami miasta i wioski za każdym razem kiedy się na mnie wściekasz wiem że mnie kochasz za każdym razem kiedy mam cię dość wiesz że nie odejdę otwieram oczy dopiero kiedy zamknę drzwi klatki to cud że nie zabiłem się na schodach słyszę ich uśmiechy i widzę uniesione kąciki ust miłosna nienawiść odwija się z moich kół powoli zanurzam się w kolejne ulice pomiędzy nimi są tylko budynki siedzą w nich inni tam nie ma ciebie tam nie ma mnie jak bardzo można przywyknąć do istnienia codziennych snów conocnych czuwań wody płynącej przez rury i ciało oj jak bardzo mocno trzymać się wirującej planety z całej siły wciskać się mgławicę omijać z daleka czarne otchłanie i białe oślepienia na razie od niedzieli do niedzieli przy muzyce i w ciszy w miarę miarowo oddychając trawić i przebywać latami oglądać na ekranach sylwetki zwierząt własnego gatunku spuszczać oczy i spodnie w miłości i krzakach czasem płynąć rzekami Wreszcie zamieszanie wagony obłędu skrobią marchewki rozdzielone rozdziały i gang obcinaczy palców za plecami depczą po piętach za rzeką pod dworcem przelatują bardzo pijane gołębie długi tunel pod peronami ona stoi przy wejściu on po przeciwnej stronie na centralnym do łodzi spotykają się w pociągu za alejami idą tą samą ulicą na hożej śnią to samo na jawie dlatego dochodzą do mokotowskiej aż do placu na trzy krzyże tam siadają pod kościołem na schodach wyciąga rękę kto ona on om w bezpiecznych podmuchach ciepła znad atlantyckich gejzerów pod wysokimi chmurami, kiedy śpią komputery i telefony komórkowe milkną, powoli słaniają się samochody gdzieś daleko ludzie odkurzają mieszkania i wydają reszty tutaj w radio opowiadają o polityce komentatorzy nad miastem, kontynentem i światem wisi chmura słonecznego dymu to on pędzony ciepłym wiatrem zmagazynował wodę na księżycu delikatne rezonanse miasta zapomniane rytmy elektrycznych silników wind, tramwajów i metra głębokie westchnienia wielorybów falowanie oceanów i rutyna wiatrów nad układem, galaktyką i wszechświatem otwierają się oczy urojonych liczb absurdalnych nieskończonych dywagacji a my siedzimy przy ogniu Niewielkie bryłki szczęścia po kieszeniach zawierucha myśli na krawędzi szaleństwa poza granicami rozsądku ze wskazaniem na matnię i chwila jedna ta chwila dziś zamykam oczy na sekundę żeby zobaczyć konstelacje świetlistych mgieł i kolorowe iskry tak jak w dzieciństwie pocierałem powieki albo majaczyłem w gorączce dziś mam to na co dzień w każdej chwili z uśmiechem otwierasz oczy w innym mieście powolny wdech i nonszalancki wydech tylko spokój i uśmiech równość i zapomnienie niskie chmury obejmują moją niepewność i spokój nadpływa falami nie boję się bólu ani rozpaczy liście spadają i złudzenia zimna czarna przestrzeń tylko czerwona miłość rozbłyska w niej jak latarnia morska falujący szum chaosu stalowe spojrzenie ułamki ułamków nieskończoności jest czas na wszystko co zechcesz całe oceany czasu galaktyki teraz Gaia hypothesis pojawiły się białe obłoki poranka wyszły z mgły tak jak wyszło zza domów słońce podobnie rzeki rozpływają się po łąkach i żyły po ciałach zwierząt może cała planeta to żywe ciało rano trwa długo, zaskakująco i przeciągle jak wiosna snuje się białymi kawami i dymem buzuje w korkach na wszystkich wjazdach do miasta i pustoszy się na wylotówkach wiosną dnia po zimie późnej nocy nigdy nie wiadomo czy pogoda dopisze w każdym razie jest o czym pogadać zanim nadejdzie spalone lato popołudnia i jesień i wczesna zima wieczorem by w nieskończoność odkrywać zapomniane tajemnice wiatr i oddech, ciche powiewy zimny śmiech i smutek upałów usta kierowców otwierają się bezdźwięcznie złość za ciemnymi szybami za jasnymi szybami droga prowadzi potok żyć zmiata śmierci rozpłaszczonych sióstr i braci kolorowych ptaków i zamyślonych jeży dzików, saren, wiewiórek i lisów wszyscy razem rozgniecieni drogą nie ma miejsca gdzie jest bezpieczna większa ryba i cięższa maszyna zjada mniejsze i lżejsze oddechy ich dusze czepiają się moich opon wspinają po szprychach na kark przysiadają na lewym ramieniu i szepcą do ucha: kocham cię, kocham cię, kocham cię gdy płyniesz przez powietrze unosisz się w wodzie patrzysz na niebo mijasz zawsze, zawsze, zawsze będę z tobą kiedy odchodzisz i przychodzisz albo trwasz falując z upływem tlenu i czasu bez_licznika w czerwone kleszcze przedpołudnia za chwyt powietrza za miastem głębokie wdechy przez nos i usta zimny wzrok na drodze miasto, przedmieścia, wsie, miasteczka, miasto droga w pętli pod wiatr przez zapach spalin benzyna i ślady śmierci na poboczu ryk ciężarówek i śmignięcia rajdowców uprzejmość pań i beemwice panów do tego czasowniki oddycham, kręcę, poruszam się naprzód w czas i w czasie przez przestrzeń wypływam w otwarte niebo pól zanurzam się w wibrujących mirażach tuż nad rozgrzanym asfaltem przecinam puszcze i przekraczam rzeki mijam ludzi, zwierzęta, rośliny i budynki szum aut i w głowie powolne pulsowanie serca szturmowanie wzgórz i zjazdów szybciej, mocniej, prościej... Pluszowy transatlantyk w smutnych i szalonych pluszowych oczach pluszowych dam i pluszowych dziewczyn na pluszowym oceanie pod pluszowym niebem odpływa i świecą nad nim pluszowe gwiazdy a pluszowe wieloryby smarkają pluszowymi fontannami pluszowe miasta pluszowych kontynentów rozsiewają pluszowe światła w pluszowym kosmosie w zapomnianych zakątkach pluszowego wszechświata pluszowa ty i pluszowy ja siedzimy w pluszowej ciszy pluszowe uśmiechy nad pluszową herbatą z pluszowym cukrem kiedy pluszowy okręt wypuszcza pasażerów z pluszu na pluszowy pirs rozpacz uśmiechała się, a potem drżała, kiedy pocałowałem ją w policzek na powitanie jak zwykle nie wiedziała, co zrobić z oczami, gdzie schować niepewność i dlaczego nie można się jej zupełnie pozbyć, ale ta niepewność i to drżenie mija dopiero, kiedy łączą się genitalia, a do tego nie dojdzie, każde z nas obiecuje sobie bez końca – do tego nie dojdzie śmiała się z moich żartów, kiedy później rozmawialiśmy, kiepskich żartów, które nie były śmieszne, ale ją rozśmieszały – pewnie z sympatii uśmiecha się i śmieje ze mną, bo chyba uważa, że jestem sympatyczny, siedzimy tak naprzeciwko siebie i z rzadka patrzymy sobie w oczy, krótko w wilgotne oczy, to nie ze śmiechu ta wilgoć, to zwykła wilgoć – ona zawsze jest spokojnie wyciągam nogi, a ona wsuwa dłoń za pasek swoich spodni odwracam skromnie wzrok, nie jesteśmy tu sami, chyba nie chciałbym zostać z nią sam na sam, bałbym się, że gwałtowniejszym ruchem połamię jej rzęsy albo złudzenia można połamać złudzenia? nieważne, jeszcze kilka miesięcy i wszystko pójdzie w zapomnienie, już się nie uśmiecha patrzy przed siebie nieruchomo tylko po to, żeby potem nagle odwrócić głowę i znów zastygnąć błądząc dłonią gdzieś na wysokości ud, nie chcę jej widzieć, nie chcę jej słyszeć i nie chcę jej znać, ale znam i słyszę, wyobrażam sobie, jak bawi się fałdą prześcieradła, jak przygryza górną wargę, jak roni łzę, jak zasypia, jak umiera... zamknij oczy zaciśnij zęby kręć z całej siły przeciśnij się pomiędzy czerwonymi światłami stopu wyłącz korki trzypasmowych ulic spójrz w oczy długowłosej cyklistki nie musisz się uśmiechać jesteś w miejskiej kamerze obywatele nie śmieją się w korku śpieszą się kiedy ty masz zabawę baw się gdzie indziej albo baw się tutaj śmiej się albo nie wściekłość i śmierć na benzynę papierosy i wódę nadzieja? zwątpienie? cień uśmiechu w rzadkich podmuchach ciszy nie martw się nie znajdziesz się w piekle skasowanych plików ani w niebie idealnych archiwów, ani nigdzie gdzie nie chcesz spotkamy się jak zwykle przypadkiem i nie będziemy sobie za wiele opowiadać ani zbyt dokładnie się przyglądać obecność, obecność i błahe gadki o byle czym wiesz, wiesz jakie to ważne kiedy siadasz obok i patrzysz w pustkę kiedy nasze myśli zagłusza jej huk nie mam zamiaru pocieszać nikogo nie da się pocieszyć można tylko być pociesznym czyli zwyczajnie śmiesznym jednak nie narażając się zupełnie na nic skasować? słyszysz te kroki...? słyszysz te kroki...? na schodach pod drzwiami za twoimi drzwiami słyszysz...? te kroki to ona obudziła się i już nie zaśnie jak suwak rozpina twoją śmierć słyszysz te kroki...? nie zaśnie nie odejdzie będzie nadchodzić i budzić czujesz ten zapach, to nie żaden ozon po burzy, to nie elektryczność jeśli słyszysz te kroki, już wiesz wstań i zapomnij wieczorem zerwał się deszcz i spadł wiatr a ty wciąż słyszysz te kroki aż zobaczysz cień cień światła usłyszysz swój wstyd jak nadchodzi razem z nią jak płacze by o nim zapomnieć jak cieknie z jej pizdy prosto w twoje oczy słyszysz kurwa te kroki? to ona zapina twoje życie jak guzik wywraca na drugą stronę lewą? prawą? dół albo górę słyszysz za późno żeby się bać jeśli już słyszysz wściekłość też nie pomoże w świetle się rozpływasz osiadasz jak kurz na podłodze, pajęczynach, ścianach i wieczorach słyszysz jak pękają szprychy tego popołudnia słyszysz te kroki? jak w oku cyklonu ryczą śmieciarki zamknięte niebo nad mokrym brukiem dalej beznamiętna blondynka za kierownicą zimne spojrzenia starszego pana i jego smutnego psa przez wszystkie bramy przepływają nalewki i na serio nic się nie dzieje czasami tylko woda wycieka ze ściany stacji i spływa po peronach na elektryczne tory mokre iskry błyszczą na poręczach mostów zbójców okradają karabinierzy ich oczy odbijają się kamerach na skrzyżowaniach północy z zachodem syreny i sygnały buczenia i muzyka chaotyczny ruch dalekie głosy w telefonach pytają ich - gdzie jesteś i nikt nie odpowiada tu dla R.Z. ale raczej o mnie Jak pocztowy gołąb ale z cichą rozpaczą w oczach szukasz domu wracasz z daleka do szarych ulic z innych miast i światów układają się zagadki dopiero kiedy tu dotrzesz widzisz jak połączyć punkty jakie to gówno cały ten raj dzieciństwa i dalej też nie jest lepiej ale gdzieś spomiędzy wspomnień wyłaniają się myśli z tamtych i tych lat wszystko w nich jest bunt i ukojenie odległe światła zapomnianych ognisk paranoi i nadziei i ślinisz się w mdłym świetle ekranu do całego swojego uroku sprzed lat przynosisz sobie samemu list miłosny? jeszcze raz wchodzę do tej samej rzeki i tylko piach i zgrzytanie zębów duch rowerzysty porusza się jak samuraj przecina najwęższe prześwity między maszynami pozostając niezauważony lewo auto prawo auto środek i ciach biały błysk blask jestem za nim nanosekundę zostaję z tyłu potem go mijam na moście albo w tunelu pod kolumną sunąc w zieloną paszczę Pragi i wszystkich jej torów krążenie wody w przyrodzie obroty niebieskich ciał ptaków na niebie cykl miesięczny i bure plamy na słońcu za chmurami i dachami budynków miękki ciepły asfalt dla niepoznaki posypany piaskiem i czerwone przebłyski osi słońc i dróg mlecznych na których trwają roboty rowerowy przewodnik po galaktyce ostrzega przed poślizgiem przedniego koła zaufanych zapalony papieros do ochrony przed czarnymi gwiazdami i czarna szosa we mgle oraz rój meteorytów na benzynę Lody 2 Dreszcz i śnieg woda na plecach rzeka maszyn jesteśmy zwierzętami które lubią maszyny metal między moimi nogami a oni oni oni w puszkach z blachy - co się głupio śmiejesz? następnym razem cię przejadę mówi miły pan co to wcześniej zajechał mi drogę swoim gównianym benzochodzikiem uzależnieni od smrodu swoich silników nawet się nie oglądają bo mają lusterka ślepy ślepy ślepy los mistrz kurwa z Tajwanu albo z chuj wie jakiej polskiej fabryki nie ma złości tnę czerwone dla relaksu światła spojrzenia zza szyb i tak jestem jebnięty więc jak mnie pierdolniesz dalej będę jebnięty idealnie normalni obywatele kiedy pada to białe błoto wypełniają się handlowe centra płoną telewizory gasną oczy zostaje tylko ruch molekuł i szprych najpierw przychodzą artyści potem białe jak duchy dzieciaki z aspiracjami a potem już kapitał ktoś remontuje kamienice i podnosi czynsze ktoś buduje nowe mieszkania a ty spierdalaj nie ma już tu dla ciebie miejsca wywalaj dalej kilka stacji dodatkowe kilka mil odsuń się i zrób miejsce dla mnożących się bogaczy i nie marudź przecież miasto się rozwija teraz masz tu drogie sklepy przecież tego chciałeś? och drodzy artyści czy nie widzicie jak staliście się podporą tej wymiany jak z punków zostaliście biznesmenami odwracam głowę i czuję jak pod skórą budynków czynsze rosną jak grzyby jak para z kanałów jak lód na którym się znaleźliśmy ... konsternacja na skrzyżowaniu światła gasną i przymykają się zaspane oczy kierowców dostawcy pełni werwy cisną na gazy prawie wszyscy poruszają się w miejscu w promieniu trzydziestu kilometrów małego miasta na wschodzie środka na zachodzie wschodu wilgotny świeży asfalt niegrzeczni chłopcy na ulicy przez to czarne światło błyski zielonego czerwonego lecieć bombiąc tę stolicę bombardując skrzyżowania bez kontaktu z czymkolwiek oprócz grudek pod oponami oddychać spaliną samotnych urzędników w drodze z biura do biura mijaj rządowe limuzyny autobusy pełne nieszczęść przelecieć to miasto łańcuch między samochodami ziemia ląduje delikatnie na twoim policzku cała planeta przytula twoją twarz pani z klaksonem jest za wąsko panowie burczą silnikami spalina ściele się gęsto piesi wreszcie uczą się nieładu lusterka w korkach nie używane zachodzą mgłą tego co czeka w domu ciężkie nogi na gazach rekonwalescenci napędzani kawą pomiędzy kierownikami i kurierami w pracy nie wychodź z domu jeźdź tylko wodnymi rowerami po stronach ortograficznych słowników lata widziałeś tę krytyczną masę snów na swojej ulicy to zwykła tęcza Hepiend nie liczy się koniec tylko całe to gówno z którego wygrzebują się bohaterowie burczą telewizory ścieli się gęsta mgła pod niskimi chmurami warszawa i wszyscy jej policjanci czarne mundury odblaskowe kamizelki ponure miny młodzieńców no te siki i podejrzenia ograniczenia prędkości myśli i światła prowadzenie zalanego pojazdu chłodna kawa wreszcie cisza w nocnych deszczach tylko błyski asfaltu tylko nocne sklepy przez chmury nie wschodzi słońce a koniec to przez przekorę bo nawet papito chyba nie wie czy będzie hepi ale że end to na pewno delikatne piosenki z tamtego brzegu inny kontynent zapomnienie i w zamknięte oczy sypie się piach do niego do niego w nocy albo w dzień allan czyta w moich słuchawkach a wojna kurwa trwa bez końca i początku strzelają do mnie spojrzeniami te skurwione legiony wyznawców ropy czarnej krwi ziemi jebanego płynnego złota mogę słuchać jak czyta albo opowiedzieć wam jak śpię Stalowy dach nieba nad głową siedzi na muszli ze ściągniętymi spodniami chyba zasnął dookoła pęka armatura woda cieknie po posadzce gówno płynie do Wisły potem dwie doby snów o wojnach za Żelazną Bramą popłoch i ewakuacja bazarów z kwiatami i starociami coś zbombardowało podstawówkę nauczycielki nie zdążyły uciec nie opowiadaj nikt nie chce słuchać ciągle mówisz to powtarzasz że na zawsze słyszałem, że ja to nie ja. a ty - to nie ty. wszystko poszło... pod topór. skatowała nas pogoda i pustka. całe miasta zapadały się w siebie jak rozbite telewizory tłumy ludzi siedziały po domach a domy przepłukiwała brunatna krew kaloryferów wentylację zapewnił cyklon huragan czy co kiedy wszedłem do środka poczułem prawdziwy cieplarniany efekt wszystkich chmur przedpołudnia ktoś głośno kasłał na przystanku ale nie robił tego co myślałem no to wygląda na to, że nic się nie zmieniło czas pryska jak rozsypane iskry poprzednie dni następne minuty prysnął znikł i zostało szkło czy trudno będzie pożegnać się ze sobą wystarczy spróbować wypuścić pustkę z butelki jak dżina oglądać graffiti na spacerze i twarze przechodniów śmieci na chodnikach i w sklepach czytać nazwy ulic które będą kiedy mnie tu nie będzie jeść kanapki i pić kawę bez najdrobniejszego śladu myśli może wcale nie będzie trudno odpowiedzieć nikogo nie ma w domu bo nie ma domu to czy jestem zależy od ciebie od wszystkich którzy mnie znają kiedy odejdą nie będzie nikogo całkowita ciemność i cisza albo blask białego światła łatwiej będzie przywitać się z nim kiedy on będzie mną wdech i wydech rytm serca drżenie dłoni i głosu wszystko... zaczyna się od nowa inne godziny na innej szerokości geografii powroty do miast i droga w gwiazdy widzisz wcale nie było trudno stare szerokie dżinsy duży kaptur i błyszczące oczy dziewczyna zaciąga się papierosem spokojnie patrzy w moje oczy nie czeka na nic ani na nikogo dzisiaj znalazła na chodniku tę książkę w której zapisane jest całe jej życie strony przez wilgoć rozwinęły się w wachlarz strząsa popiół a mnie już tam nie ma odwraca się i wchodzi do środka siada za klawiaturą i pisze list do brata który pojechał tak daleko wysłali go bo chciał zarobić na studia teraz leży w szpitalu i wylizuje swoje rany jego język robi się szorstki gorycz rozlewa się po całym kraju kobieta kocha swojego brata kiedyś zabierze go do domu usiądą przed telewizorem i obejrzą razem coś o wojnie coś o cenach benzyny o sportowych samochodach potem wyłączą pudełko ona puści muzykę dobrą ciepłą nawijkę głęboki bas modlitwę ubogich i rozpali zioło dym wypełni ich głowy dym zawiesi pokój wysoko nad budynkami i wreszcie zapomną o władzy i upokorzeniu o edukacji i pracy zobaczą blask swoich myśli i potęgę miłości mam przynajmniej nadzieję że tak się stanie tak się musi stać ja łork in da siti? zapytał i nie wiedziałem o co idzie nie, nie pracuję w ogóle nie pracuję śledzę tylko drobne zarysowania na szklanej powierzchni pamięci sny spływają razem z krwią znowu zaciąłem się przy goleniu ubieram się powoli i smaruję łańcuch zakładam buty i płynę nie zatrzymają mnie światła żadne znaki drogowe nawet autobusy mnie nie zatrzymają przeskakuję pomiędzy lukami w powietrzu tego miasta które jest tylko mgnieniem błyskiem szprych w źrenicach zapakowałem porysowaną pamięć do torby i dryfuję pod prąd tego czasu który jeszcze mnie ma na oku czas przepływa między wieżami manhattanu jak między moimi palcami ale tutaj jest brooklyn który tak łatwo pokochać mimo biedy dookoła uśmiechy na każdym kroku mocno napompowane opony tego roweru przecinają asfalt ulic i alej od A do Z z każdą minutą jestem bliżej ciebie kiedy żeglujesz przez mosty do szaleństwa centrum na dół i do góry wszystko co mogłoby być takie samo jest inne to co mogłoby być inne jest takie jak ma być jak WTC na moim kubku z kawą jak spojrzenia w oczy jeźdźców mijanych po drodze czarna jest niedziela i czarna jest sobota po wieczorach zalanych gęstą krwią taniej whisky i piwa po wybuchach śmiechu uśmiechach i chichotach cisza ulic przybija twój ból i smutek do błękitnego nieba nad dachami do śpiewu z kaplic i kościołów potem powoli rozwiewa się kac i śledzisz myśli spod pół przymkniętych powiek a pod oponami pulsuje asfalt dostawcy wiozą pizze i chińskie żarcie pędzą na swoich towarowych rowerach zbierają napiwki i od nowa mijasz, mijasz obracasz korbami to miasto owinięte dookoła piast tak bywa wszędzie i łatwo to przeczytać w oczach zagubionych podróżnych i zaspanych dzieciaków otulonych ciepłą senną mgłą popołudnia Nie miewam onirycznych uniesień lirycznych oniemień ani chuj wie czego widzę brud i ból wycia i szepty przemoc i pot i tylko dobry Bóg przychodzi na pomoc z piosenką z serca miasta z melodią z wysp szczęśliwych które wcale nie są szczęśliwe opowiem ci ten wieczór kiedy on poprosił o drobne a ona wyciągnęła rękę i zobaczyła że jej własna ręka jest przejrzysta jak woda że zasnąć nie mogła i dookoła biegały myszy karaluchy szczury i nad głową waliły się budynki kurz rozlewał się w płucach i za lodówką kurz odkłada się na twoich powiekach i powoli bardzo powoli widzisz że nie ma żadnego ja że nie ma żadnego ty my wy ani oni jest tylko dwadzieścia pięć centów Bless Boże chroń Brooklyn wszystkie dzieciaki chłopców w kapturach hipsterów na rowerach dziadków na skrzyżowaniach homebojów i chasydów Włochów i Portorykańczyków dumnych raperów i dziewczyny przy sklepowych kasach chroń rastamanów i niewierzących zrozpaczonych i szczęśliwych którzy sączą swoją poranną kawę pijanych w barach błogosław każdy łyk z butelki w brązowej torebce zachowaj w pokoju graczy w domino i baseball koszykarzy i piłkarzy wszystkich na ulicach i w domach i w pracy ześlij słońce i świeży wiatr od oceanu błogosław Rosjan na Brighton Beach Irlandczyków i Hindusów w Rockaway Polaków na Greenpoincie Chińczyków w pralniach i knajpach każdego człowieka w każdym wieku o każdej porze roku, dnia i nocy przecież każdy tu tak cię kocha w kaplicach i parkach chroń te uśmiechy miękkie kroki brudne ulice i czyste serca błagam chroń ten pokój tu i na całym świecie Estoy loco Omotały mnie papilarne linie metra półmetrowej głębokości wyrwy w asfalcie krzyczą do mnie coś po hiszpańsku estoy loco odpowiadam inne rozmowy Hola. Como estas. Muy bien, gracias, y tu? Jestem przeklętym białym człowiekiem, ale i tak uśmiechają się do mnie dziewczyny. zamykam oczy żeby nie słyszeć co mówi szeptem ta ciężarówka na rogu chłopaki dokładnie obserwują jak mija czas jak ze stalowego nieba spływa jesień jak Alfonso sprzedaje kolejną kanapkę z kawą nie mam fakin aj di nie mam dość lat bo się ogoliłem spaliłem wszystkie konwenanse kiedy byłem bez filmu i roweru kiedy mocno spałem w metrze kilka metrów pod bijącym sercem babilonu manhattan sklejone powieki rano i duchy metra w tunelach pod rzeką zatykają uszy imigranci z łomży złorzeczą na ten kraj klaksony na ulicy bezdomni śmieją się w twarz kapitalistom ze środka miasta portierzy osłaniają parasolami niewidome dusze bogatych kobiet i mężczyzn opuszczam wzrok i próbuję odczytać tajemne ornamenty na chodnikach nic nie jest wyraźne w tej mgle tajemnica błyszczy jak chińskie pudełko a budynki gną się w podmuchach oceanicznego wiatru to nic koszmary policjant odprowadził nas wzrokiem do końca zdania mówiłem właśnie że nie lubię snów o wysokości to znaczy lubię te o lataniu ale nie te o spadaniu ostatnio przeżyłem we śnie ale i tak obudził mnie niepokój eksplozje przeciążonych kolan i cisza potem ciemno wiesz trzymamy się siebie nawet bez dotykania twój oddech jest całą nadzieją razem z nim powstają pociągi i morza tylko w nim siedzi ukojenie te wszystkie budynki i sklepy ubrania i maszyny to tylko dekoracja a słowa nie znaczą tylko przeciągnięta w nieskończoność zimna pustka otwiera oczy i mruczy jak szary dachowy kot taka sobie bajeczka na rogu pod wiaduktem metra w swoich kraciastych spodniach od piżamy w czarnym kapturze pije kawę z papierowego kubka kochanek z oczami pełnymi brooklynu uśmiecha się do mijających go dziewczyn gada z właścicielem sklepu i od niechcenia skręca sobie papierosa tytoń rozlewa się w jego krwi dym płynie ulicą dzieci dawno poszły już do szkoły w pralkach wirują ubrania po tej ulicy nie jeżdżą taksówki zawsze jest trochę ciemno nawet szczury omijają tę okolicę jego kobieta wyrzuciła przez okno cały ten romans całe miłosne szaleństwo razem z wymiętymi dżinsami ale nikt mu nie współczuje każdy wie co to za typ nawet kobiety z bloków nawet mali prorocy getta którzy grają w baseball mijam to wszystko i jadę na Jamajkę tam jest tak szaro i smutno że cmentarze wyglądają jak wesołe miasteczka on też w końcu zbiera rozrzucone rzeczy do worka na śmieci kupuje kartę do metra i jedzie daleko nad ocean długie tunele sklejone z prędkości bez ścian i sufitów i czegokolwiek zrobione z samochodów i bólu pomiędzy dzielnicami bloków po wszystkich stronach wszystkich oceanów wszystkich mlecznych galaktyk towarzyskich konstelacji na rogu każdej ulicy w ciemnych barach modnych kawiarniach i brudnych spożywczych sklepach unikam patrzenia w zmęczone oczy sprzedawców barmanów i innych klientów, przyjaciół i wrogów przypadkowych przechodniów i przyczajonych cwaniaków duchów i geniuszy miejsca kobiet i mężczyzn przez to wszystko w najlepszych chwilach widzę czystą jak łza pustkę każdej godziny minuty i miejsca kiedy nie ma ani ciebie ani mnie ani ich ani was tylko asfalt blacha ropa i niebo mały obłęd w tym miejscu w tym roku nie wydarzyło się nic niezły dowcip co nic się nie stało nie wydarzy się nic przez następne sto lat nie, wydarzy się coś jutro kiedy szalona kobieta z sąsiedztwa rozleje winny ocet ocet który zakwasi chodnik i zabije małego pająka który nigdy nie wróci do łazienki i nie utopi się w wannie wiedźma doleje sobie kawy zapali papierosa i stos starych gazet na strychu płomienie sięgną lasu a wszystko przez małego pająka który nie wrócił przez nią to znaczy wszystko przez nią czy przez niego poślizgnęła się i stłukła butelkę żeby go nie zdeptać i zabiła go octem teraz czeka na nią tam kto � ocet? pająk? stos? czy zmierzch? Zimne noce i błękitne niebo w indiańskich górach ludzie i samochody ich gramofony stare tostery i filiżanki jarmarki z ceramiką restauracje i asfaltowe drogi równe jak marmur zieleń przelewa się w żółtą i czerwoną krew umierających co roku liści potoki szumią jak przed wiekami cmentarze recytują nazwiska z nagrobków ciemność nadchodzi ze wschodu ziemia pachnie jesienią i łzami bezimiennych kolana drżą i usta przyklejają się do wiecznych słów lasu słów w szeleszczącym słowiańskim języku z nizin przez które przepływają zbyt leniwe rzeki z nizin na których nie zostało nic poza popową muzyką zapachem spalin i krótkim rżyskiem musisz mieć brudne paznokcie musisz mieć stare ubrania żeby zobaczyć jak soki odpływają z dziwnych duchów żeby uderzyć ci do głowy i zabrać cię w podróż do miejsca którego nie ma z ludźmi którzy są tam gdzie zaczyna się jutro przepływają ostatnie minuty płoną ostatnie papierosy skazańców skręcone wprawnymi dłońmi niewidomych snajperów potem wszyscy skazańcy pędzą nad ziemią i morzem nie mogą się zatrzymać bo kiedy są w ruchu nikt ich nie widzi są zamknięci w prędkości światła godziny...minuty...sekundy kiedy przyszedł czas usiedliśmy w pokoju mijał razem ze mną i pamięć zmywała się jak naczynia albo znajomi po południu spałem w tym czasie on podmienił łóżka żebym obudził się wcześniej niż zasnąłem to się zdarza od czasu do czasu cisza tnie nocne koszmary wszystkie te głosy z tyłu głowy i piski spod poduszki ocean przelewa się przez sny i poranek zaczyna się bardzo wcześnie kiedy rodzice za ścianą budzą dzieci do szkoły przewracam się na drugi bok jest gorąco w tym piekielnym niebie jest pusto w tym hałasie nie liczę do dziesięciu nie uspokajam się za bardzo nie za długo siedzę w parku dookoła wciąż toczy się miasto babilon pulsuje niebezpiecznie pod kołami ciężarówek zimna stal i gorący płomień to twoja niespodziewana ale pewna śmierć wpełza na podpory mostów i dachy budynków wylewa się z biurowych formularzy i papierowych kubków ze słabą kawą dymi z papierosów nie ostrzega i nie wiesz czy jest gorzka czy jest słodka kiedy mieszka w moim śnie zaklęta w zardzewiałych obręczach i przejściach dla pieszych new york bikin city stare dziesięciobiegówki wypasione i zwykłe górale torowe rowery bez hampli nowoczesne szosówki wszelkiego rodzaju hybrydy pozapinane solidnymi łańcuchami wraki rowerów na każdej ulicy nie jesteś szybszy niż metro ale strącasz krople z czoła i jedziesz dalej ulice są wąskie i spokojne aleje zatłoczone i gwałtowne ale nikt nie zważa na pieszych i kierowców płynie ruch świateł patrz dokładnie przez ramię słońce zachodzi wcześnie i ulice wypełniają się gorączką pośpiech kończy się na moście za wschodnią rzeką skręć na południe, pamiętaj na południe tam nie spotkasz hipsterów ani polaków tutaj sąsiedzi codziennie grają w domino a sąsiadki piją kawę i palą na klatce On tu jest w każdej chwili o nim myśl uwolni cię zobaczysz jak rozstępują się czerwone morza rozpędzonych pudeł jak przytula się do ciebie betonowa mgła z komunalnych osiedli nad rzeką jak kosmos pływa nad twoją głową potem wszystko odejdzie jak wody po porodzie zostaniesz sam w tłumie zostaniesz oczami i uszami i duszą i ciszą w huku Zasypiała codziennie przytulona do osobistej śmierci kiedy zamykała oczy myślała tylko o niej o tej zimnej albo gorącej przestrzeni wymiany ciała z duszą na powietrze i wodę pod powiekami buchał ogień a nogi zasypywała ziemia wtedy miała pełen komplet kiedy ją spotkałem spaliśmy w innych miastach być może na innych kontynentach a nawet planetach ale to jeszcze nie znaczy że się nie widzieliśmy potem obudziłem się i jechałem w to miasteczko z cegły i kartonu spomiędzy ciemnych podwórek się wyłoniła jakaś anna karolina która rzuciła się pod tramwaj rozlewała olej z tych słoneczników albo modyfikowanego rzepaku zresztą to bez różnicy jest wyszła i znikła a ja potoczyłem się dalej przez nowe światy i chłodne ulice *** noc albo szósta rano ulica zakrwawiona nie to skwer czy suka miała cieczkę czy nie sieka była jakaś panowie piją wódę z butelki po wodzie strasz miejska im nie straż taksówkarze czytają krzyżówki idę po bułki mam pieniądze i dziwny humor dzisiaj wypiję kawę w domu i zobaczysz mnie nie nie to hymn tego dnia nie ty nie ja nie zbieram manatków i nie wynoszę ich nigdzie opowiedz że to ma sens zostać i zasnąć nie dziś i jeszcze nie jutro to wszystko z miłości brat co ty sobie myślisz ja sobie tego nie myślę i jakoś leci ten gęsty jak ciężki miód czas czas do którego doszliśmy całym naszym ┐życiem kiedy nie wiedzieliśmy na co czekamy i co nas czeka gówno na nas nie czeka│o bo czas nie czeka│ i pojawiły się nowe możliwości zmiany i penetracji takich miejsc o jakich kiedyś nam się nie śniło Po dwunastej ludzie pierdolą się albo oglądają telewizję ostatnio nasila się kurwienie przeklinanie mam na myśli oczywiście nie w telewizji przynajmniej nie słyszałem ale też nie oglądam za oknem myślałem że oni grają na konsoli ale raczej się pierdolą raz jeszcze i oglądają następny program w tv zresztą to można zdaje się połączyć nie oni po prostu oglądają wiadomości a tam jak nie szit to tak tak tak no i zapomniałem obejrzeć jak byłem w sklepie tych wiadomości w telewizorze na sprzedaż niedrogim tylko 20 razy po 20 groszy ale jakoś się nie mogłem przemóc żeby go kupić mieliśmy parę telewizorów i zawsze kończyły słabo telewizor to nie rower psuje się łatwo i skutecznie jak rubin może wywołać pożar albo neptun albo cichutko popiskuje albo buczy na maksa albo nadaje zielony obraz mgliste pasy albo w ogóle jest czarno biały i stylowy na świecie i w kraju i pogoda ona jest najważniejsza zawłaszcza jeśli chodzi o telewidzów dla nich orientowanie się w pogodzie stanowi podstawę dość już dygresji bo w telewizji zaczął się film a miłość jest wieczna... światła w gorącą noc czerwone sny napływają do oczu aż do późnych godzin rannych ale bezkrwawo i brawurowo przespane zapomnienie bez śniadania razem z ulewą w południe tam pod filarami gdzie czekał aż spłynął potoki kwaśnego deszczu on nie mógł pracować i mówił że to Bóg płacze nad polityką nie mógł roznosić swoich ulotek reklamujących rozpustę marszałkowska zmieniła się we wszystkie rzeki babilonu i spłynęło nią całe moje zło a on nie miał przynajmniej czterech zębów na przedzie i mimo wszystko był bardzo wesoły ale nie pogwizdywał sobie i odszedł zanim przestał padać popłynąłem w dół rzeki kilka okrążeń śródmieścia i już siedzę na krześle w telewizji powstanie tylko co referat chruszczowa czy jak nad naszym ściekiem dużo muszek wiszą chmarami w krzakach potem bliski żoli i to wcale nie cały ten dzień Wieści z nieba zesłano kolarkę na campie ktoś wyasfaltował ścieżkę przez czerwone morze wreszcie skończyły się papierosy i nigdy nie zabolą kolana zarazarogiem na rogach ulic mieszkają urzędnicy zapomnianych instytucji ponadnaturalnych cicho naciągają przed pracą zarękawki ocierają nimi z czół pot i przełykają zimną krew obserwują ich kontrole i procesy karne z ich szuflad sprytnie wyślizgują się dokumenty potem fruwają pomiędzy budynkami na skrzyżowaniu żelaznej i grzybowskiej stoi bezradny ikarus kierowcy nawet nie trąbią władza mówi żeby uważać uważam uważam odpowiadam spróbuj przejechać się na rowerze i nie uważać nie pójdę na twój grób niebo przypomina dzisiaj czarny osad w płucach przyjaciół tysiące tych samych co wczoraj osób chodzi tymi samymi drogami co ja gadam miliony ja też się powtarzam a ty? czterdzieści parę krótkich sygnałów puste kartki a ona mówi mi jak to sra na wszystkie instancje pierdoli zarządy korporacje i porządki do tego świeci w ciemnościach jak przerośnięty czarnobylski barszcz jak moje oczy kiedy wszedłem do tej księgarni i kupiłem książkę wszystkie kosztują po trzy dychy a w nich co? czyste błędy i ssanie nikotyny w cichym pomruku wściekłego miasta obok tłuści panowie w furgonetkach w ciężarówkach zapatrzone w siebie kobiety a one mówią nie one milczą znowu te same ulice i dziwna samotność wywołana ołowiem w kościach nad głową pomiędzy blokami niebieskie połacie rozpaczy jakiego koloru jest asfalt w twoim mieście? dokąd odszedł cały entuzjazm? dlaczego pył wciska się wszędzie i skąd się bierze? po co kurwa się wciska ten pył uniesione w nadziei powieki miała takie zaskakujące oczy zawsze bez sensu i to najbardziej ceniłem ten zmielony zapał który mija szybciej niż zielone zsynchronizowane fale pojebanych obrachunków z przyszłością śmiercią to jak chcecie kurwa bajki ? oto bajka czytanie zabija spanie zabija oddychanie zabija głosowanie zabija sranie zabija a tak w ogóle po woli PATOS? iskra oddechu ulatuje pod niskie chmury podpala gniazda wron tchnięta przez nieznanego mechanika pijanego mistrza z gliny i zwykłego błota czarne płomienie ich skrzydeł białe gówno spada na głowy jak popiół ognisk jesienią kiedy włóczędzy kradną ziemniaki z bezpańskich pustych pól kiedy dokładnie zawinięte w mgłę oblepione włochatą wilgocią zapieczętowane grzybicą myśli klinują się między drzewami zwyczajne wspomnienie w cyklicznym zawirowaniu czasu co jeszcze opowiesz jaką bzdurę co za wymysł pamiętam jak ogień uniósł się do samych gwiazd i butelki cicho bulgotały pomiędzy zębami szkło stopione z aluminium stronnice ksiąg na rozpałkę i ciche łkanie do wiosny oto wiosna przyszła z nową władzą młodości ze świeżą dostawą bólów kości płuc stawów kilometry flaków zwinięte we wszystkich wypełnione farszem śniadań obiadów i kolacji czasami podwieczorków ludzie stali spokojnie na przystankach a niebo zżerał niebieski płomień mijałem ich powoli jakbym się cofał nie mogłem zamknąć oczu nie mogłem zatkać uszu nie mogło mnie tu nie być bo iskra tliła się w moim oddechu żeby zapalać co rano niebo żeby gasić wieczorem słońce i spalać powietrze Z kompletnie czystą głową to znaczy włosy mam tłuste ale w środku pusto zasadzam się na błędy spędzam swoje życie i wczytuje się w listy rowerowych części do wymiany opony trzymają się na słowo i nie są honorowe w każdej chwili mogą kolejny raz dać się przebić felga ma bicie na pół milimetra a może nawet więcej kaseta nie przyjęła nowego łańcucha suka wyjmę ją i tak się skończy o starym łańcuchu nawet nie chcę myśleć japończycy w siemano posmarowali ten nowy czymś czego nie zmył nawet finish line wiem że nie jest do mycia a lepkie to jest cudownie badziewie jednak wszystko to razem ze mną toczy się nad rzeką nad niepodległością przed nadciągającymi niewiadomo skąd chmurami toczy się czas w zakurzonych zegarkach których nigdy ale to nigdy nie trzeba smarować i tak nie zwalnia nic a nic tak tak w oku tik Zdeněk Miler Ktoś cicho zapukał do drzwi otwieram i nie widzę nic nikogo tylko świeży gips na odchodnym spojrzałem w dół stał tam zupełnie zgubiony z szeroko otwartymi ślepiami kret z mojego dzieciństwa to żadne szaleństwo grzać go oddechem w zimne dni to nic nie szkodzi że niejeden odwróciłby wzrok teraz śpiewa mi krecie piosenki i opowiada zabawne historyjki takie sobie bajeczki Banksy.co.uk namalował szczura kruki rozdziobały kamery nic i nikt nie zdoła otoczyć nas kolczastym drutem zrobionym na wzór korony króla z Jerozolimy tam na ścianie Banksy namalował dziewczynkę która leci trzymając się pęku baloników właściwie jej cień kochana nie grozi nam deratyzacja w ciemnych norach naszych koszmarów po nich nic już nie przerazi zatrzymuję się na czerwonym i oniemiały stoję kilka cykli światła fuzja głęboko w środku ciała drży śmierć zaczarowana pod wycieraczkami samochodów z przeciwka i zza winkla przytulona do śliskich opon zamontowana spinką do łańcucha zafiksowana lockringiem zmieszana z piwami w zamku odbezpieczonej fuzji ten rower jest nieśmiertelny rama przetrwa wieki nawet jeśli zardzewieje i spłynie z wodą do oceanu tak jak ty Wszystko jedno tak głęboko schowałaś swoje sny tam gdzie nie sięga noc kończy się zimowy świt śródmieście powoli napełniało się smrodem spalin i pośpiechem interes kręcił się bezustannie a pani z piekarni zapraszała na bajaderkę doceniam to chociaż nie lubię bajaderek odgarniam pościel odsuwam poduszki żeby zobaczyć pod szkiełkami sekrety twoich snów moje sny odpłynęły piasty z wysokim kołnierzem vertical dropouts nieskończony trackstand zresztą przetoczyć ten dzień nie było wcale trudno znowu zasypać się pościelą znowu czytać zamarznięte sekrety nie słyszę tej pustki na granicy pomiędzy kartkami przewróconych stron kalendarza Heloł tejk it sloł stopnie wtajemniczenia stopnie celsjusza opowiedziałem sobie ciekawe historie pod kołdrą przeczytałem wcześniej różne takie szkice i postanowiłem że nie będę nic robić z nimi nawet w niedzielę bo była już niedziela ale dopiero początek potem przeczytałem ten przerażający tekst o złodziejach rowerów i nie chodzi o żaden ekspres jonistyczny film zamurowało mnie i czytałem tylko kryminał a tam jakieś gwałty i tepe głównie tepe koszmar Tak jak patrzysz z zamkniętymi oczami skierowanymi do środka naciskałeś kiedyś na ich gałki żeby wywołać niecenzuralny ból i zupełnie zwyczajne ektoplazmatyczne wzory na wewnętrznej stronie twojej głowy zardzewiałe ostrza beznadziei i uśmiechasz się serdeczne nikt nie widzi ciebie i ty nie otwierasz oczu Posyłasz swoje mgliste spojrzenie gwiazdom wielkie mleczne drogi kołują nad tobą bombardują drobnymi igłami bólu i śmiechu za zamkniętymi powiekami grube zwoje twoich paranoicznych myśli W przeciwieństwie do tych wszystkich błysków w dziurawych kocach nigdy nie będziesz gwiazdą JUUHU W internecie to krzyk pisanie wielkimi literami albo małymi to grzech czas zabawy foremkami w piaskownicy snów skończony definitywnie przez nocne chaszcze na rowerze po kolońskich podmuchach toalet maszyn na czterech kołach automatyczny korek na ulicach wyjazdowych ale udaje się minąć sfory na początku nie wiesz jaki wybrać kierunek dokąd potoczyć felgi jakie powietrze przemielić oponami mózgowymi jak głęboko wpłynąć w zatoki mijać ołowiane prądy wreszcie kopać między wierszami schron starego dobrego franza kawałek dalej w czasie Polana w lesie między rurami poprzecinanym asfaltem i piachem tam gdzie powstają najbardziej fantastyczne domy coś jak miraże pomiędzy młodymi sosnami tam raczej nie rosną poziomki a ziemia dróg jest szara i pylista błękitne żyły asfaltu jak złota lub srebra we fryzurze ominiętej ciężarówki podróż jest krótsza niż do centrum gdzie tłumy ludzi odwracają uwagę od palm i kaktusów zwykle nie zauważam nawet budynków które wyrosły jak atomowe zarodniki nowego porządku łypiące oczy gwiazd tak sympatycznych na polanie ale centrum zostało gdzieś daleko biegnie na spotkanie rzeka prawie tak dzika jak wędkarze a miejscami pustynna i cicha nie znalazłem mojej polany dzisiaj nie jest to ta kamienista plaża na zakolu po drugiej stronie już palą się ogniska a polana nieznaleziona Coś mówi: za dużo patrzysz ja oślepłem na okoliczności widuje czasami tylko sny i litery nawet nie koszmary i nie słowa zasypiam świtami świtam po jedenastej wystarczy zobaczyć jak szybko nasuwa się jesień i liście z listami bardzo dawno spotkałem twój wzrok tylko po to żeby zobaczyć jak patrzysz za dużo za mało słyszę muzyka w radiu to kał nie umiem kraść dźwięku chcę tylko słuchać kiedy mówisz nie ważne co mówisz zdecydowanie za mało ja za dużo na koniec zrozumiałem że w popiele zasnąłem znowu z ciemnymi źrenicami szaleństwa umieszczonego gdzieś pod powierzchnią mętnej wody na dnie podwórka wiesz nigdy nie jest za dużo co więcej nigdy nie jest za mało nie warto zwracać uwagi na rady warto zwrócić uwagę na rude i czarne koty kiedy pokazują jak żyć i lizać się po łapach robotnicy spłoszyli ptaki na sąsiednim dachu cisza połknęła piłkę która tłukła się o wszystkie ściany prawda? Banały nie daj sobie powiedzieć przecież mówiłam nie daj sobie zapomnieć co mówiła przecież milczała o mnie zobacz ten odcień na niebie zobacz styropianowy śnieg i spłoszonego kota wlej światło w swoje oczy nawet kiedy ich nie będzie światło równego dnia i nocy przedrze się przez materię zburzy kontynenty otworzy zamknięte to co Znaki niedrukowane Kiedy czytasz ktoś rozmawia przez komórkę dzwonki rżną ciszę dokładnie wtedy właśnie wtedy widziałem martwe zwierzę z oczami pełnymi ostatniego lęku jednak nie było martwe ani rano kiedy słodziłaś kawę ani teraz kiedy w jego oczy wlewa się ciemność i dzwonki telefonów Kiedy słuchasz ktoś rozmawia monosylabami nie przeszkadza mu w tym ani miejsce ani czas w tym okrągłym teatrze na scenie ustawiono krzesła dla publiki prawie nikt tego nie zauważa nawet ci którzy oglądają aktorów z balkonu od tyłu wychodzę na ulicę pada deszcz i tlą się papierosy rozmowa tamtego pewnie się skończyła spotykam geniusza patrzy z rozbawieniem w moje oczy uśmiecha się złotem pod nogami widzę plastykową torebkę cienki celofanowy worek pełen wymiociny sztuka wymaga poświęceń siedź w barze pod ziemią pij swoje piwa i kawy nie patrz pod nogi nie wąchaj mokrego bruku wszystkich w końcu wypędzą wściekłe kelnerki Wiersze dla Rowerów Ona pije jego ciało jak wódkę głębokimi haustami powietrza budzi ten mroczny świt nie jest ani stara ani młoda zamyka się na swojej poduszce pod zimną kołdrą swojego sekretu patrzysz na nią przez dym i potłuczone szkło widzisz tylko stopy i między nimi kosmiczny czerwony kwazar ta cała jej galaktyka eksploduje mlekiem i krwią leż oddychaj koszmarem całuj podeszwy przez metrową warstwę ziemi zapomnij jej imię imię bezimiennej odwiedzi cię nigdy maniana jutro zobaczę co się da zrobić jutro posłucham swojej klawiatury jutro wszystko się nie wyjaśni bo jutro jest zwykle pojutrze kiedy zaglądam między twoje nogi jutro jest tam nic ta sama nieskończona otchłań jutro tyle jest tych zawołań fatalnych i cichych jęków wiesz przecież że nikogo ani trochę nie obchodzisz jak międzyludzka komunikacja miejska jak nienasmarowane łańcuchy obcych i swoich rowerów jak cichy płacz dziecka którego nie znasz jak poduszki nasączone rzygami i łzami jutro jak ciemna strona księżyca i dziwne humory przecież znamy się nie tak dawno żebyś mogła cokolwiek wnioskować na mój temat przecież zatopiłem się i cię w tej mętnej wodzie w tych górach lodowych terapii codziennych zwątpień w sensy i zmysły jeszcze jeden krok i padnie strzał czyje ulice? Nasze ulice! tylko kim jesteśmy i czy oberwiemy albo oderwiemy się od peletonu rozkręcając ucieczkę w dół bez hamowania bez lidera kiedyś jeździłeś na bagażniku teraz toczysz się sam jak ostatni czas apokalipsa teraz / czarne flagi śmierć nie jest już mistrzem z niemiec śmierć jest biznesmenem w garniturze i wojskowym i policjantem śmierć rozpędza wszystkie demonstracje siły czy słabości na szczęście gniew mija wiem-wiem, że jest słabością wszystko robi się jedno spojrzenie na gwiazdę osiem minut stąd gdzieś na początku nocy pomiędzy pustymi ulicami o tej porze kiedy nawet nastolatki śpią bez snów czarne litery wysypują się w źrenice upartych tam gdzie dośnisz trawa będzie bardziej tłusta niż brązowa czekolada tam gdzie dośnisz żaden papieros nie oparzy twoich palców i żaden czas nie obróci wskazówek teraz zostanie na zawsze Kluka kruk i sypie deszcz i słońce też pojechałem przez ostatnie drogi tej wyspy daleko poza zasięgiem niecierpliwych wspomnień te same osoby z moich snów brodaci autorzy iksów i zamglone nimfy z długimi włosami ktoś podgląda mój monitor od tamtej strony ktoś szepcze przekleństwa do białego ucha przemywając gardłowymi sokami żołądka i chlorowaną wodą minuty przed moim obudzeniem rozkręcam łańcuch przyczyn rozginam ogniwa zdejmuję obrączki z łap łabędzi wystawiam głowę ponad piasek wykładam ostatnią kartę kredytu... Buk of lajf każdy dzień przez ten śmiech każda myśl dla kogoś strachy milicyjne he he macie kamery my mamy oczy macie pały my mamy rowery macie złość a to już nie my pamiętaj o Nim pamiętaj o mnie i nic nie zatrzyma cię bo tak mówię szczęście nie jest ohydne kurwa pokaż że nic co złe nie tyka cię błagam łaski Panie JAH kingdom will come przedostałem się przez siatkę szaleńczych snów w idylliczne krajobrazy marzeń podświadomych widziałem tam wszystkich tych których zawsze lubiłem siedzieli stali albo tańczyli nie gdzieś w nieokreślonej przyszłości teraz i tu jak wystrzał z twojego wiersza nagle wszystkie wody odeszły wszystkie napięcia i wystarczy milczeć milczeć o niespodziewanym spokoju powietrze zrobiło się tak gęste że można się na nim położyć albo w nim pływać oddychając rozsypały mi się drobne złudzenia widziałem świt powtarzałem sobie bez przerwy to samo jak kot polizał mnie w oko a sny pełne pijanych demonów i podstępne ich słowa i nieznane ich miasta zrobione z mokotowa sklejone z kawałków mieszkań i ulic na których znikasz między domami i ludźmi bez głosów i twarzy rano dwie kulturystki zobaczyły mnie i powiedziały że jestem pierdolnięty pani z piekarni śmieje się w moje podkrążone snem oczy ciastka są za słodkie a kawa nie smakuje dym z papierosów idzie zamienić się we mgłę i dalej przez ciemne zakamarki ile to się tego pamięta jak łatwo coś chlapnąć jak trudno coś powiedzieć RAM PA PA PAM PAM nie płacz nie płacz wszystko musi udać się poszłaś wcześnie spać i wiesz że obudzisz się później niż zwykle a w okolicy nie będzie żadnych kłamstw żadnych obcych ludzi nie zatrzymuj się myl się jeśli chcesz płyń tam tam gdzie wiesz ty i ja oni i my na jednym globie się kręcimy wszystkie lata i zimy i co z tego że rymy chujowe co z tego że zapomniałaś o tych lękunocach i pustkipełnychdniach jeszcze nie jeden raz ktoś stłucze twoją szklankę jeszcze nie jeden raz zobaczysz na chodniku CISZY ślad ciemność zaciska wargi w ślepym uśmiechu zbierasz rosę ze swoich rzęs i postanawiasz umrzeć mam nadzieję że to tylko popisy przecież ostatecznie nikt nic od ciebie nie chce siedzisz sobie zamknięta w trumnie swojego mieszkania a ja zapomniałem najlepsze teksty przychodzą do mnie przed zaśnięciem nie będzie żadnych fajerwerków po prostu nie wychodzić z domu zwyczajnie jeść i czuć przemieszczanie się myśli pod czaszką sama wiesz jak to jest chociaż nie wiesz dlaczego twoja bezsenność splata się z rytmem z pulsowaniem wszechświata tak niespodziewanie wywalasz się na powierzchnię widzialnego i nie ma znaczenia czy i dokąd wyjedziesz czy i gdzie się zamkniesz mocno i szybko zbliża się gleba dobrze że wyrzuciłem to wszystko z głowy nie wiem kto był kim siąpi spazm i jakieś podstępne kurcze łydek cyklicznie razem ze wschodem budzę się do nowych żyć i jedno o co proszę zapomnijcie o mnie nigdy więcej nie czytajcie nigdy nie wspominajcie po prostu zostawcie tak na pewno jest lepiej i to się w literach nie mieści |||linia||| mogę patrzeć na ciebie bez przerw mogę słuchać twoich słów bez oddychania mogę wcierać w siebie twój zapach lekki smak zapomnienia z głową pod poduszką czekać latami na jedno spojrzenie i nie doczekać się go a ty będziesz jeszcze bardziej zamyślona i nieobecna proste słowa uspokajają jak nic innego mówię ci mówię jedźmy tam do tych zamorskich kontynentów gdzie wszystko jest takie jasne że aż nic nic nic nie widać byle jak zacisnąć usta i dusić litery z samego środka ciemności potem spokojnie zapomnisz zapomnisz o sobie i o mnie komunikacja międzyludzka dziwne dziwne ulice obcych miast i podejrzliwe spojrzenia nieznajomych którzy nie znają drogi jestem spóźniony na wszystko tam podobno kradną rowery i to jeszcze komu a tu dwudziestu synów Marleya opowiada swoje historyjki i nie mam nic do dodania sklejam oczy tak jak codziennie muszę prać i zmywać żeby nie zapomnieć o tych wszystkich niepodlanych kwiatkach na parapecie jest tak ciemno po drugiej stronie słońca gdzie schowały się gwiazdy z tobą włącznie ktoś ukradł mi jakiekolwiek poczucie sensu każdy sen to nieporozumienie a ty pisz nic się nie martw to zawsze było i będzie nie ważne sen i sens podnieś głowę i módl się w podmuchach tego szaleństwa które błękitnymi wyładowaniami obsesji przepływa przez nasze ciała i myśli noł ajdija nie pamiętam co było wczoraj nie przypominam sobie kiedy i kto się urodził ani jak się nazywa zawsze mówiłem ci że jesteś gwiazdą i bez znaczenia czy polarną spadającą czy porno albo słońcami wszystkich dni no nie wszystkich kiedyś chciałem tylko jednego teraz w ogóle nie wiem czego mógłbym chcieć tyle tego wszystkiego mam i nie chodzi o materię ani o cokolwiek innego ile możesz tu być wiele lat jeszcze więcej dni i naprawdę dużo minut ale co to za różnica co to za suma w zasadzie to i tak kwas ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ miękka pościel i na głowie poduszka ciemny dzień i wszystkie możliwe choroby umysłowe i skóry chcę spać cały czas chcę nie być a jestem na zawsze mylę się tysiąckrotnie czasami wydaje mi się że mój czas, moja głowa to jedna wielka pomyłka znowu zamykam okna i oczy wyłączam radio i nie odpowiadam na pilne listy tylko spać chcę spać __________________________________________________________________________________________ aj dont łana goł insejn Pierdol się ju polis morda łi fak ju ewri dej end nait i huj tis is oł rait ni chuja nie ruszaj moich ludzi bo ci się ta twoja jebana pała ubrudzi i chuj nie obchodzi mnie wasz pan k nic naprawdę nic chociaż jesteście ze straż miejska co mnie to tyka jak wasza jebana dystynkcja my nie mamy stopni wojskowych bo anarchia stań i walcz o swoje prawo i lewo dziś i jutro i zawsze miłość pokój i jedność sami się zamknijcie wynajmijcie sobie jakiś średniowieczny zamek rozstawcie wartowników po całej okolicy nic to nie pomoże bo ten ogień wybucha w środku głów i nie ważne jaki masz służbowy stopień nie ważne ile kilogramów zbroi i broni masz ze sobą zabierzcie zabawki znajdźcie sobie pracę znajdźcie sobie miłość pokój i jedność apogeum debilizmu jesteśmy w wenecji - zgadnijcie kurwa gdzie jesteśmy w pekinie - no gdzie no gdzie zagadujemy różne zagadki jak ma na imię sonia? jesteśmy w warszawie tutaj zagadki są trudniejsze dlaczego ptaki rozbijają się o głowy dlaczego jakiś kutas przejechał kota i dlaczego flaki tego miłego zwierzątka zajmują całą ulicę dlaczego nikt ze mną nie gada pewnie dlatego że się z nikim nie spotykam a ci z którymi się spotykam mają mnie dość mnie i mojego narzekania owszem uśmiechają się ale przez te ich uśmiechy widzę że doskonale rozumieją fakt - nie mam nic do powiedzenia tym bardziej do opowiedzenia spokojnie zamykam oczy i usta apogeum debilizmu narzekam że narzekam a tutaj rozkwitnięte jebane drzewa i parę kotów jednak przetrwało te wszystkie sprytne i czarne z podwórka i te zwariowane po domach one wiedzą jak to się robi jak wkurwić i udobruchać a ktoś mi opowiadał o psychologii a przecież siostry i bracia zapierdalamy z tą planetą po kole sorry po elipsie a z galaktyką i resztą to w ogóle chuj wie gdzie i obiecuje że nie narzekam na serio bo ty bo wy bo koty bo ptaki Widzę cię przez moje sklejone powieki czuje jak przysiadasz z tyłu czaszki czytasz swoje ulubione kawałki i nigdy ale to nigdy nie odpowiadasz na żadne pytania przeciekasz we mnie jak ślina i deszcz nawet nie śmiejesz się swoim histerycznym hihihihi kiedy jakiś palant chce pożyczyć rower o 11.45 wieczorem przecież go nie znam wycierasz moją pamięć i nie znam już ani nazwisk autorów ani tytułów ich książek czasami powoli zjeżdżasz windą mojego kręgosłupa do tego miejsca gdzie jeszcze się nie kończą plecy wtedy moje nogi robią się miękkie a oczy łzawią i nie mogę skupić wzroku tylko ty pozwalasz mi czasami zrobić cokolwiek najlepsze jest to że nie wyglądasz w ogóle nie wyglądasz co wcale nie znaczy że cię nie ma nie palić papierosów jeść ekologicznie spalone bułki każdy to potrafi e tam ja nie wiem czy mi się uda nie palić papierosów nie wiem nawet czy mi się chce albo jak chcecie czy mnie się chce może mnie się nie chce ale i tak to wszystko jedno wiem jak w mokrych spodniach wypluwam z siebie te bez sensu linijki jak bełkot rośnie w głowie i kwiaty kasztanów plączą się między jej włosami jak kasuje kolejne teksty z pamięci swojej i komputera jak ogląda się na ulicy żeby nie wjechać w ten ciemny zimny dzień na swoim jednobiegowym rowerze zresztą to po prostu kolarka jest znaczy nie dziewczyna ale jej rower a dziewczyna ma brązowe włosy i przynajmniej od nastu lat jest kobietą co tu wiele gadać piękną jest kobietą i za nią oglądają się jacyś nieznajomi wielbiciele kolarek i długich włosów oglądają się i ani trochę nie czują co ma w głowie wiedzą tylko tyle ile mogą zobaczyć w jej oczach ona jednak zasłania się rzęsami poza nimi ma jeszcze marzenia i nie maże się nigdy bo jest taka twarda że aż tudno podejść do niej i nie poczuć silnego zapachu pewności a miły to zapach kluski płynie przez ciebie rzeka krwi rwie zgraja krwinek a serce to wszystko pompuje materialiści wierzą w zbiegi okoliczności wszyscy odwróceni tyłem do kierunku jazdy powtarzam tak jak siostry i bracia jedna miłość zawsze jedna spokojnie zjem swoje kluski i nie opowiadajcie mi że nie można się najeść makaronem i nie proście mnie żebym pisał o ekologii lepiej popatrzcie na te podwórkowe koty jeśli chcecie to złapcie je zarżnijcie jak krowy i świnie zróbcie sobie z nich kotlety ja zjem moje kluski i tyle zjem je patrioci jedzcie amerykańskie ziemniaki a ja zjem arabski makaron nie będę pieprzył o żadnych fastfudach nie potrzebuję żadnej gazowanej cieczy przecież moja krew też jest bez gazu nie to żebym miał coś przeciwko dwutlenkowi węgla czy jakiejkolwiek innej chemicznej substancji taki na przykład tlen - ten to jest okej taki na przykład węgiel i diament jeszcze raz to nie woda to zwykła krew jak u kota i świni i małpy i krowy i ryby i wszystkich ptaków taka sobie niegazowana ciecz cieknie jak sok korzeniami i koronami drzew przepływa przez dłonie i głowy wszystkich których znam i nie znam no może poza jednym takim kolesiem ale on ma rzeki, gwiazdy i całe galaktyki banaly ...zanim opowiesz mi wszystkie te historie w swoim języku zanim zobaczysz dokąd pojechali podopieczni poczuje na stopach zamiast psa zimny wiatr bez zbędnego pierdolenia dla wszystkich delikatnych dziewcząt wpatrzonych w próżnię dla naszych i waszych uszczypliwych uwag mam jedna drobna rade nie wystarczy mówić trzeba jeszcze słuchać jak powiedział wczoraj jeden miły gość i co gorsza ma racje zawsze gadamy czasami słuchamy słuchaj nie wiem dlaczego nie chcesz nic powiedzieć przecież ja słucham i uważnie przyglądam się artefaktom i zimnym mokrym ulicom słucham ciągle nowych twoich wygibasów czytam jakieś słowa i bezsensowne komentarze dlatego jak niektóre gazety zlikwidowałem słownik i ortografie dlatego zamykam wszystkie zamki dlatego nie wiem dlaczego słucham jakiś głosów zza kadru cynicznych opowieści wczoraj śnił mi się jakiś dziwaczny hotel znowu tam byłem mieszkałem w obcym mieście bez pieniędzy i pojęcia po co tam jestem jej twarz świeciła jak słońce to znaczy nie tak jasno ale tak ciepło to znaczy nie jej twarz a jej dusza nie było tam żadnych słów były ogłuszające błyski sympatii małe pokoje i kuchnie i bardzo jasno było przecież wiem ze nikogo ani trochę nie obchodzi co mi się śni bo każdy ma swoje sny drogocenne głównie dla niego czasami wydaje się ze oprócz pamięci mamy tylko sny i najzabawniejsze albo najstraszniejsze te w których nie wiesz ze spisz a spisz i przez sen piszesz w swojej głowie ze zanim opowiesz te wszystkie historie... txt Jestem tekstowym dokumentem i gówno mnie obchodzi kto mnie czyta dziś albo jutro wiem że mnie ktoś czyta i to mi w zasadzie wystarczy jestem tekstowym dokumentem i wiem jestem nie dezodorantem i w ostateczności można mnie wypić albo kochać bo jestem dokumentem tekstowym i kurwa nic mnie nie obchodzi co i ja się rozgrywa i jak nazywa się gra zresztą ta gra to nie ja jutro niedziela taa amsterdam kleją ci się wargi kleją ci się usta to nie dziś był ten dzień kiedy... wiesz dokąd biegniesz znowu przejechałeś to krótkie miasto i wiesz że kleją ci się wargi kleją ci się usta to nie dziś jest ten dzień kiedy wiesz popłyniesz kocha nie kleją ci się wargi kleją ci się usta to nie dziś był ten cień kiedy wszystko wydarza się kocham cię i chu mnie obchodzi co stało albo nie stało się przecież wiesz jak było wtedy kiedy wiesz płakałaś jako nastolatka jeszcze to nic że to nic nie znaczy ten dzień następna profańska fraza no i co że nie że nie wiesz co jest gdzie jedziesz przez czy ona robi to z miłości alabama fuckin moon i chuj no i co że to nie tu u nas tu warszawy mrok i wiesz jak może być krótki wers respekt koko respekt emily dickinson "I'm nobody! Who are you? Are you nobody, too?" i wiesz to jest fakt bo śp mówi tak i co kleją ci się wargi i usta i wiesz że zawsze jest tylko tak jak chcesz opowiadasz tylko to co wiesz... no tak przecież nie wystarczy wymyślić jakiejś mani grafo żeby opowiedzieć o tym co widzisz a zapewniam, że warto było widzieć ryzykować swoje psychiczne oczy i podnosić co rano powieki zasypiać popołudniami zresztą cały czas warto idziesz przez te miasta i rozglądasz się widzisz delikatną szklistą otoczkę wszystkich rzeczy to co odróżnia je od ludzi i zwierząt i roślin chociaż i rośliny czasami tkwią w tym czymś co nie pozwala ich dotknąć ale zwykle tylko późną jesienią zimą i wiosną latem wszystko wymięka rozpada się ta cała dekoracja Dzisiaj w sklepie w takim niby supermarkecie pani za kasą starsza ode mnie co najmniej dziesięć lat opowiadała różne historie byłem tam już nie raz i pierwszy raz widziałem a raczej słyszałem, żeby z kimś gadała i to było ze mną w głowie pekła mi butelka ze szczęściem - serio, dzięki tej kobiecie potem przed sklepem jakiś dzieciak macał mój zapięty rower synku jak chcesz sobie coś podotykać to sobie dotykaj ale mój rower zostaw w spokoju spojrzał mi w oczy nie powiedział nic różnica pokoleń? był ode mnie młodszy o jakieś dziesięć lat o co chodzi, po co to opowiadam tak jak zwykle zapominam początku nie to że na koniec na początku zapominam o czym mówię a mówię o mówieniu znaczy, że czasami nie zaszkodzi pogadać z nieznajomym żeby się przekonać, że nie jest tak okropnie żeby się przekonać, że nigdy nie jesteś sam/a wszystko co złe zniknie w naszych wewnętrznych edytorach tekstów i bluzgów opowiemy jakimś ludziom wszystkie historyjki z wielkiej opowieści o początku bezkrytycznie otworzę swoje flaki a tam...ty efekt żyroskopowy zapomniałem jak smakują twoje usta moja słodka hiszpańska dziewczyno jedyne co mnie trzyma w pionie to przyjaciele i efekt żyroskopowy zapomniałem jak smakują twoje uda i wiesz o czym ja tu wirujące koła trzymają kierunek pamiętam twój smak pamiętam twój zapach i śnisz mi się czasami nic nie zapomniałem zrozumiałem jak bardzo dobrze mieć pamięć i opowieści To nie jest rozrywka taplać się w zapomnieniu w cichych błękitach obwisłego sklepienia gwiazd i komet przelatujących nieopodal mojej kamienicy asfaltowa ulica i kot strażnik śpią za dwoma albo trzema ścianami tak taplać się trafić czas spędzać sny biegać myślami chce się cytat "priviet kamieta, kak tiebia zawut'" luk tribute tu al good fellas przeciąć to miasto przed jedenastą nie odwracaj się zasuwaj kręć tymi nogami asfalt pod oponami słońce nad nami i nie ważne że kiepskimi rymami radość oświeceniami spokój popołudniami sen nocą i splin wieczorem znowu ty i ja każdego dnia w snach gdzie twój luk którędy przedostaniesz się na drugą stronę gdzie twoja piosenka to już lato powiedział Gorgu sto razy respekt dla całej stolicy dla całej załogi dla wszystkich miast i wsi gdzie uśmiechają się siostry i bracia pokój miłość i jedność ruts end kalcza jescze raz przez deszcz asfalt piach no i co z tego że powtarzam swoje wyliczanki wreszcie możesz wrzeszczeć maszyny rozdziawiły okna wyprzedzają i drogi zajeżdżają to niech słuchają raz dwa trzy w korku stoisz ty fabuła - przyjechał tu nieznajomy samochód świetne miejsce żeby się poruchać albo dla tajniaków jur łelkam kurwa róbcie kurwa co chcecie możecie nawet pisać wiersze chociaż osobiście w to nie wierzę przez dowolne ż pierdolę was nic mnie to nie obchodzi czy na kogoś się czaicie możesz się dobijać tak czy inaczej nikt wam nie otworzy u may knock but fuck off może też owijasz się jakimś kocem mimo że jest ciepło mijają pory roku, a ja i tak w tej samej pozycji na tej samej kanapie śpię sam czytam jakieś bzdury i śpię całymi dniami wyję do księżyca słucham cieknących rur i szumów komputera i lodówki właściwie nie ma na co czekać wystarczy spokojnie trawić ten czas spuszczać go z wodą oceanów ścierać z twarzy sól mórz i nurkować w snach wpadłem do studni słyszałem tykanie wahadła kiedyś dawno kiedy miałem coś ci powiedzieć się wie dlaczego śpię w dzień i zasypiam o świcie ty też zasypiasz a niektórzy szczęśliwi jak małe dzieci nie robią literówek niestety to nie jest tak łatwo wiedzieć co się chce chociaż właściwie ja wiem czego chcę przecież już o tym pisałem do wszystkich długich snów o posmaku ciężkiego porno ale śni mi się ciągle co innego dzisiaj taki kicz taki kit i git wiesz prawie nigdy nie patrzę w oczy tylko czasami tylko niektórym tylko tym na których naprawdę mi zależy patrzę w te oczy i nie pamiętam kolorów nie pamiętam dlaczego patrzę w oczy co w nich zobaczyłem dlaczego zawsze robię literówki dlaczego zawsze idę wspak delikatne lśnienia ludzkiej ektoplazmy w mglistym zapachu śmierdzącej stolycy wiadoma rzecz nie opowiesz tej historii przecież kładziesz na kolana całe setki padają ja kostki domino zawsze wpatrzeni w twoje ciało czildren ar kraing wiesz czytasz te wszystkie bzdury wiem to dla ciebie wiem to ja nie ściągam z nikogo powtórzeń nazywają nas jak chcą a dla nas to nie ma znaczenia wiesz niema znaczenia spokojnie przez to idiotycznie śpiące miasto gdzieś między jedenastą i jedenastą pytasz czy mam czas dla ciebie zawsze mam czas bez zajarzenia trafiam w literki mojej klawiatury wiesz, że cała ta męka tylko dla ciebie rozdawaj adresy opowiadaj o wczorajszych imprezach opowiadaj o całej tej dyplomacji sen Niedawno miałem dziwny sen śniło mi się że leżę w łóżku na boku a ktoś za moimi plecami drze mordę wydaje z siebie straszne ryki a ja nie mogę się odwrócić boję się ale jestem ciekaw co to za bestia rwie ciszę w mojej sypialni obudziłem się mokry od potu i łez oczywiście mieszkanie było puste nie licząc mnie pająków i tych dziwnych żuczków które tak lubią okolice komputera i półki z książkami cały mój lęk był tylko snem teraz jest mi wszystko jedno demony obmyły się już z tej paskudnej ektoplazmy minionych jęków śnił mi się Bondar biliśmy się w żartach śniła mi się ta dziewczyna którą spotykam tylko przypadkiem zresztą co to za przypadek kiedyś Wyszedłem przed dom , w zimnej ceglanej kotlinie syczało miasto , w bramie sałatka i żeberka , ani śladu , na ulicy lody , na chodniku gówno i samochody , reprezentacyjny kot w oknie , pilnuje ważnej abstrakcyjnej arterii _____________________________________________________________________________ Światła na waliców gdzie sypie się resztka dzikiego zachodu bliskiego jak wschód komisariat z zadumanym policjantem zjawy ze złego żelazna jak stalowa lewa i prawa strona jak komory tego samego serca kraju wypompowana i wpompowana krew rodzimej i przyjezdnej genetyki. Wreszcie jodyna z wodą na jod dwadzieścia trzy iluminanti i dyskordianie wymieszani z głębokim mułem miasta, które zawsze śpi. *** Wiesz rozmawiałem z tym gawronem nie rozumiejąc co mówię ani co on niewątpliwie udało się nawiązać kontakt z medytującym gawronem znowu zatykam głowę snem a tam stoją i biegają te wszystkie lotnicze krajobrazy waszych twarzy powtarzać jak bardzo nie widzę powtarzać jak miło było powtarzać ciche wyliczanki bez przerwy śnić ten dzień to nie wystarczy żeby się obudzić największe akty heroizmu nie zapobiegną powolnemu zapadaniu się w pajęczyny kurzu i ciszy elegancka encyklopedia korespondencji z samym sobą ftedy robisz ten błąd który skreśla mnie z listy kandydatów nie zdaję jakiegoś porąbanego egzaminu na egzegetę nie rozumiem i nie przeszkadza mi to nie szukam sensu szukam głosu zupełnie nie po czesku stary tytoń ~~~~~~~~~~ zimne popołudnie z polotem nic gorszego już nie napiszę *** ta kobieta sieje oczami swoją niepewność komputery <--> ze swoimi ciemnymi wiatrakami szumią gdzieś głęboko w jej głowie Czyta ostateczne notowania giełdowe i horoskopy znajomych metafizycznych szarlatanów potem wieczorem szepcze na ucho koleżance, która dawno umarła sprawozdania ze spirytystycznych wieczorków obejrzanych filmów i koncertów słyszanych z ulicy wszystkich jutrzejszych imprez niekulturalnych (stare ale jare simurg) krwawy feniks bije się o żebra twojej klatki gdzieś pod lewym stężałym sutkiem czego chce ten mokry dzięcioł stuka już kilkadziesiąt lat swój rytm czasami myślisz że chce się wyrwać ulecieć gdzieś w szare niebo nad Warszawą utkwione w pustce nieobecne oczy grymas bólu albo rozkoszy w kącie twoich ust pytasz o swoje imię sonia ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ Czytałem twój tekst słuchałem Toma Waitsa stary to nie był list w środku bolało mnie wszystko i głośniki rzęziły jak głos Waitsa jak jazz sprzed wojny płyty cyfrowej wojny spadały rozbijając się o chodnik przy którym stała ta dziewczyna z lekko wytrzeszczonymi oczami dlaczego chciałem z nią rozmawiać nie wiem dlaczego chciałem na nią patrzeć nie wiem po co to wszystko miało się wydarzyć a może nic się nie wydarzy i będzie spokój i sen i cisza i śmierć po raz trzeci zaśniemy jeszcze wiele razy zanim spadnie ostatnia piosenka i deszcz WARSZAWA 4-5 Anarchia Boicie się bałaganu ja znam nieporządek politycznych porządków dyktatura mamony rozpierdolone wierzę Babilonu Jan i twoje uda jak kolumny tekstu ile między nimi się zmieści płaczu nienarodzonych co tam kurwa nienarodzonych niepoczętych kosmoDeus patrzysz w moje przerażone oczy i wszystko jest jasne odwaga opuściła mnie razem ze szczurami i wedle przestarzałej terminologii jestem już tylko szmatą wycierają mną z uszu miód którego nigdy nie piłeś bo jest za gęsty i zbyt gorzki zupełnie jak płacz ale już nie płaczę z niepewnym uśmiechem neguję pustkę tych wszystkich opuszczonych domów i hoteli budynków z których nie został atom na atomie niesforne molekuły drgają w cegłach i sercach w ramach swojego nadto abstrakcyjnego modelu elektryczne tajemnicze świsty zamrażają ciało i właśnie wtedy słyszę głos młodego wściekłego mężczyzny opowiada o nienawiści z zamkniętymi ustami to nie brzuchomówca to świat krytykuje moje krytykanctwo i cyniczne poczucie humoru razem z bólem ustawiają się na granicy nie będą sprawdzać paszportów ten kraj stoi dla wszystkich otworem dziurą na wskroś lewą stroną swetra którym stary brodaty twardziel ogrzewa się w błękitnym domu bez klamek i okien zobaczy wszystko co zechce i nie potrzeba żadnych ubrań ani jemu ani nam ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ albo pływać razem z nurkującymi ptakami w powietrzu albo pędzić asfaltową ulicą w bliżej nieokreślonym kierunku być mijanym i mijać nie dostrzegać zagrożeń i autobusów przebijać się przez pajęczynę świateł tego miasta bezwiednie demonstrując wolność od siedzeń w ikarusach i neoplanach Boże co to za szczęście, płynąć między blaszaną falą w migotliwych światłach lusterek i poświatach przednich szyb aż nie strąci cię jedno z nich do białego świata zapomnienia gdzie nie chce się wychodzić ani jeść jedziesz nocnym zaśnieżonym mostem postawionym wzdłuż rzeki chrobocze mróz, biały opar pod twoją czapką wreszcie docierasz tam gdzie krzyżują się ulice wszystko jest tak kolosalne takie bezludne odkrywasz oczy i brak synchronizacji świateł z ręki wypada ci najważniejszy manuskrypt a nastolatki z naprzeciwka wyśmiewają się jaki z ciebie dziwak niby stary a głupi no i zmieniasz zdanie i postanawiasz jechać wzdłuż bloków, najmniej popularna trasą mokotów bardzo dolny następnym razem pojedziesz jeszcze inaczej przez targową i targówek w samo jądro ciemności gdzieś minutę drogi ze wschodniego w stogu siana obok paramonowa chyba nigdy nie jechałem targową w kierunku wileńskiego przynajmniej nie pamiętam tego Długowłosa cyklistka powolnym pewnym ruchem zapięłaś swój rower do płotu odwróciłaś się na pięcie i posłałaś mi tajemniczy uśmiech słonce zakręciło mi w głowie resztki myśli o ogniu wieczorem czajnik tak syczał na ognisku wrzątek przelewał się z kubka we mnie zabarwiony czarną indyjską herbatą gwiazdy i czerwony wschodzący księżyc wszystko ucichło razem z czajnikiem nawet rozmowy może nie było już nic do gadania były jednak urywane spojrzenia przez języki ognia i żar bijący w twarz spokojem wieczności języki wędrowca zaklętego w zapalniczkach i papierosach białoruskich zapałkach i sercach rowerzystów pędziłaś jak nigdy wcześniej a wiatr rozwiewał niepokorną fryzurę nie próbowałem nawet cię dogonić i tak zostałaś ze mną głęboko z tyłu mojej głowy skąd przeszłaś dreszczem przez moje plecy aż do stóp /////// albo nie czytasz nic przez całą noc nie mówiąc o poezji kryminałach arlekinach pismach żeńskich, męskich i nijakich mówić do siebie na ty jest jeszcze gorzej niż w trzeciej osobie w drugiej osobie ale przynajmniej nie na pan najgorzej jest używać pluralis majestatis czy jak się to tam nazywa naukowo wprawdzie ale nas to nie bawi jak jest zatem dobrze sypać rymy z rękawa jak Mc chłopięce wychodzi to zresztą nikt nie wierzy poetom publiczności jest równie dużo i składa się z poetów linoskoczków uderzających w dym reflektorów jak warszawskie (chociaż nie koniecznie) dzieci jak poranek przy misiach z Pragą jak marzenie o letnim parku o piątej kiedy nie pora na herbatę dla R.Z. Łucznik i ła nie Strzelałeś by nie spać mógł ktoś potężne ładunki w ich ciałach eksplodowały miłością w ich płochliwych oczach zasnutych skromnie rzęsami jeziorach uczuć głębokich domach wodnych potworów strzelałeś zawsze celnie a one czekały na twoje zabójcze uderzenie spokojnie strzygąc konwenanse zawsze uciekały lekko krwawiąc w gęstwinę miejskiej łąki tylko jedna nakrapiana sarna stanęła z tobą oko w oko opuściłeś swój łuk i stałeś bezbronny dobrych kilka lat warszawa 4 materia buntu czarny krajobraz pustki z nielicznymi eksplozjami mlecznej mgły znalazłem pióro nieznanego gołębia poczta nie dostarczyła mi nic poza bólem zęba czysty rozum nie wiem przemykałaś gdzieś za moimi plecami palcami przebierałaś się za klawisze przed zimnem chroniły cię płonące gazety w tym czasie na ulicy rozlał się asfalt front przetaczał się przez nasze miasto atmosferyczny niżowy albo po prostu deszcz Awaryjnie lądowałem na jaśnie jawie arystokraci dupy spoglądali z niesmakiem na moje wymięte ubranie i twarz Odruchowo zapiąłem dokładnie swoje kompleksy zamknąłem drzwi przed jej nosem a ona krzyknęła najgłośniej jak się dało Cisza!!! dogoniłem swoją pamięć i minąłem ją chciała złapać mnie za łokieć i pokiwać palcem na mnie nie oglądam się niech zdycha w samotności sumienie w awangardzie biegło z siekierą i sinymi wargami syczało na staruchą która była szybsza dogoniłem staruchę a ona splunęła mi w oczy jadem prawdy usiadłem mijali mnie w białych prześcieradłach na ulicy w środku powoli rzucam cumy żagle chwytają bryzę najsilniejszego słonecznego huraganu falują sobie światła zielone czerwone czasami pomarańczowe [] Jeszcze jeden jebany papieros nie widać żaglowca może szumi w głowie to obowiązki odpadają ze ścian jak kości domino lecą jedna na drugą jak ty jak my przewracamy się czy ktoś nas z powrotem kurwa ustawi jak należy żeby potem elegancko powywracać łańcuchową reakcją na wściekłość poranka [] spędzasz sen w oczach okrągłych studniach oknach księżyca miękki błękit jak mgła zimny sztylet wbity w najtwardszy diament i grafit koh-i-noor lecisz krzycząc miasto zatrzymuje swój bieg a ty pędzisz ślizgasz się po falach światła wyskakujesz z piany na ustach zostawiasz zawadiacki uśmiech lekko pijany wzrok kierujesz za lewe ramię tam gdzie czai się najczarniejszy cień patrzysz w nicość i znów uśmiechasz się czyj sen czyj jeszcze sen jakie znowuż okrągłe ruiny moje czy twoje oczy wylewają smutek na bruk [] wystawiam twarz otwieram usta sto kilo gówna na wszystkich ulicach grzebię w śmietnikach niedopałki łykam wojna trwa ale to nie ja wersy list o pada \\\ czasem noc nocą czas kirke miałki cień miał ki rke cień za granicą rozsądku /// dlaczego tak bardzo pragniesz maleńkich śmierci rozłąki wiesz że możesz wiele więcej dostać niż zechcesz zwariowane chwile od początku wiesz jak wszystko mija jak przebiega mimo /// osmoza pogniecionych kartek kalendarza szum po klatkowe zdjęcia na schodach powoli warezkie piwa ////// wiatr zamienia kości w kamienie układa z nich smukłe słupy wspomagany ziemistą grawitacją niszczy swoje dzieła i gwiżdże na mnie odwracam się ale oczy zasłaniają moje własne włosy nieposłuszne smyki słoneczny szkwał gaśnie sztil opadają bezgłośnie olinowania nocy