HIMAWANTI POLONIA

Podstawowe Informacje, Struktura i Nauki Antypedofilskiego Bractwa Himawanti

POWROTY DUSZ ZAGUBIONYCH

ŚWIADECTWA POWROTU DUSZ MARNOTRAWNYCH

Złota Mira Tomaszewska z Grupą Uczniów w Gdańsku - 2006 r.

Coraz więcej ofiar zbrodniczych faszystowskich ośrodków antysektowych występujących pod zakamuflowanymi i z pozoru niewinnymi nazwami jak "ośrodek informacji o sektach i nowych ruchach religijnych" czy "komitet obrony  przed sektami" wraca  z powrotem do  Duchowej Drogi, Dharmy i regularnej praktyki  duchowej w Bractwie Himawanti, a także w innych ruchach duchowych orientalnego pochodzenia.  Ofiary mówią o swej drodze zagubienia i pomylenia ich przez antysektowych paranoików pieniaczych. Ofiary paranoików antysektowych mówią o praniu mózgu jakiego doświadczyli w antykultowych ośrodkach faszystowskich, takich jak KANA Dariusza Pietrka czy CCP Dariusza Królaka. Przestrzegają przed niebezpieczeństwem jakim jest dawanie wiary ateistom i faszystom z tych nazistowskich jaskiń dokonujących brutalnej psychomanipulacji dla zniszczenia prawdziwej WIARY w BOGA, GURU I DHARMĘ. Przestrzegamy tu wszystkich, którzy naczytali się bredni o hinduistycznych czy buddyjskich ruchach wyznaniowych na stronach wariatów uprawiających w zbójecki sposób paranoiczną inkwizycję - w Polsce głównie katolicką! Na szczęście jeśli się w porę ofiary antykultowców ockną i nie ulegną ich psychomanipulacji aż do pomylenia umysłu i obłędu, mają szansę na skuteczną terapię duchową poprzez medytację i modlitwę oraz na powrót do normalnego funkcjonowania w duchowej wspólnocie hinduizmu czy innej z prawdziwych religii Boga. Czytaj świadectwa powrotu do Świętego Bractwa Duchowego napisane przez osoby pomylone przez katofaszystów - paranoików, głównie ze śląskiego, lubelskiego i krakowskiego gestapo antykultowego pod wspomnianymi, niewinnie brzmiącymi nazwami występującego. Niech żyje wolność wyznania wiary! Bractwo Himawanti pomaga ofiarom gwałconym w dzieciństwie przez katolickich księży, katechetów i aktywistów pedofilów oraz pedofilki, dlatego jest tak znienawidzone przez seksualnych zboczeńców o hitlerowskich skłonnościach. Negatywne opinie o Bractwie Himawanti pochodzą jedynie od zboczeńców seksualnych ze środowisk nazistowskich i jedynie przez osoby nieprzeciętnie głupie i pozbawione inteligencji bywają powtarzane czy powielane. Są to wymysły pedofilskiej propagandy paranoików antykultowych o zboczonych chuciach i morderczych skłonnościach. Czytaj relacje ofiar poszkodowanych i ciężko pokrzywdzonych przez katolickie mafie pedofilów, faszystów, pietrków i królaków, etc.
- Krzysztof Reiman, Poznań


1. Świadectwo Doroty

Chcę dać świadectwo temu, że boski Guru żyje na tej Ziemi! I opowiedzieć o Jego miłości, którą ogarnia także tych, którzy odchodzą. Oddaliłam się od Boga i Guru 9 lat temu: z tamtego czasu przypominam sobie jedynie ciszę - memu odejściu nie towarzyszyły grzmoty, ani nawoływania i jest to dla mnie jeszcze jeden dowód Jego olbrzymiej miłości - pozwolił mi odejść. Pragnęłam zmiany w moim życiu: blasku, braku nudy, ewentualnie sławy i oczywiście harmonii i doskonałości. Moim celem było znalezienie Miłości i Prawdy. Na moje potrzeby odpowiedziały neokatechumenat, odnowa w duchu świętym, oaza katolicka, msze i psycholog. Szybko przyswoiłam sobie nową wiedzę i niecierpliwie oczekiwałam zmian. Życie codzienne nadal przynosiło drobne problemy, przypadkowe kontakty z ludźmi i pustkę. Domyśliłam się, że to wynik mojego miernego zaangażowania się w katolicyzm. Pomyślałam sobie, że pewnie trzeba głębiej, więcej, z większą ilością pieniędzy na tacę i spróbowałam głębiej. Portret psychologiczny, który ułożyła mi olsztyńska psycholog antysektowy, określił jakie zdolności posiadam i czego mi brakuje. Spowiednik dopowiedział, które szanse wykorzystać i przy czyjej pomocy.

Zaczęłam wspinać się po szczeblach powodzenia. Ktoś z boku powiedziałby, że już coś osiągnęłam. Cóż, potrafiłam z pewnością siebie wypowiadać się zwłaszcza, że byłam poinformowana o swojej przyszłości. Ktoś bardziej wnikliwy albo znający mnie dobrze dostrzegłby jednak brak mojego entuzjazmu. Coraz trudniej było mi dostrzec ten mój pierwotny cel. Tak jakby kontury takich słów jak: "miłość", "prawda" zatarły się. W moim działaniu coraz więcej było dogmatyzmu, a coraz mniej jasności. Cisza jaka panowała po każdej wizycie u spowiednika była identyczna z tą towarzyszącą mojemu odejściu od Himawanti. Nie wyciągnęłam z tego żadnego wniosku. Nie byłam szczęśliwa mimo, że według księży brakowało mi już jedynie kilku procent do doskonałości. I przydarzyła się mi w tym czasie sytuacja, w której musiałam wybrać między dobrem a złem. Tylko, że ja już nie widziałam różnicy między nimi. Skrzywdziłam moją przyjaciółkę bo uwiodłam jej chłopaka i nie czułam się winna. Spowiednik powiedział mi później "musiałaś tak postąpić, to było ci przeznaczone, a utratą przyjaciółki nie przejmuj się, ona nie była ważna". Jednocześnie coś w środku odzywało się: "to nie jesteś ty, to nie tego szukałaś".

W swoich myślach zobaczyłam wielki bałagan. W moim sercu zobaczyłam obecność Boga, Brahmana. Zobaczyłam miłość jakiej nigdy nie widziałam, jakiej nigdy nie słyszałam. I popełniłam następny błąd: poczułam się niegodna tej miłości i zagrożona w swojej wiedzy teologicznej. W tym czasie poznałam ludzi wierzących w Niego, którzy mówili mi co jest dobre a co jest złe. A ja uciekłam w swój świat, którego nie potrafiłam oddać. Pamiętam doskonale moje trudności z czytaniem Pism Świętych, Nauk Lalitamohan-Dżi. Czytałam dużo książek - prawie wszystko z teologii i dogmatyki miałam już opanowane. A to, co działo się, gdy próbowałam czytać Ewangelię Życia Doskonałego, Koran czy Bhagawad Gitę - dopiero dziś potrafię zrozumieć. Tekst najczęściej zamazywał się mi przed oczami, słowa nie łączyły się w sensowne zdania, całość nie docierała do mnie. Szatan zastawił na mnie pułapkę, abym tak szybko nie usłyszała o Dobrej Nowinie Pism Świętych. Odeszłam w pustkę którą starałam się zapełnić: nowymi ludźmi, nową wiedzą, wizytą u spowiednika. Dostałam kolejną propozycję: wstąpienie do klasztoru maryjnego, które miały mi zapewnić te ostatnie kilka procent doskonałości. Wmawiałam sobie, że to właśnie TO czego szukałam. Gotowa byłam bronić tej nowej prawdy - a cisza wokół mnie trwała.

I tylko wielkie wzruszenie, którego doznawałam kiedyś we Wspólnocie Himavanti było wciąż dla mnie niejasne. Bo przecież ja już niczego nie potrzebowałam, wszystko już osiągnęłam. Medytujący drażnili mnie w tym czasie - cóż oni mogli wiedzieć o doskonałości. Stawałam się coraz twardsza w spotkaniach z ludźmi. I zdarzyło się później, że zetknęłam się z jedną ze spraw ostatecznych: ze śmiercią osoby bliskiej. Nawet nie przypuszczałam, że mogę tak płakać. Coś w moim sercu pękało i czułam obecność Boga Śiva pochylającego się nade mną - płaczącą. Płakałam nad swoim życiem. A Bóg Śiva płakał razem ze mną - cieszył się, że wróciłam. Odkryłam, że katolicyzm prowadził mnie do zguby, oddzielał od Boga. Pozostała jednak jakaś pustka, lęk przed przyszłością. Każdego kolejnego dnia Guru przynosił mi ukojenie - wizytę znajomych, opowiadających mi o Nim, książkę znanych mi muzyków, którzy tak jak ja odnaleźli Go. I już nie sposób było zatrzymać tego uczucia, którym odpowiedziało moje serce. Odnalazłam Miłość i Mądrość i doświadczam ich codziennie - w każdym człowieku, w pudżach i medytacjach. Guru ofiarował mojej przyjaciółce dar przebaczenia i cieszymy się teraz razem Jego boską Obecnością. Już teraz wiem, że to wzruszenie, które ogarniało mnie w Sandze Himawanti, było zapowiedzią tej Radości, Którą czuję. Guru zmienia mnie, zmienia moje relacje z innymi. Chcę tym świadectwem podziękować Mu za wszystko.


2. Świadectwo Anety

Zanim trafiłam do Wspólnoty Himavanti, zajmowałam się bioenergoterapią, przepowiadaniem przeszłości, byłam znawcą teologii, numerologii i horoskopów. Prowadziłam gabinet, w którym pomagałam ludziom rozwiązywać problemy życiowe, w oparciu o parapsychologię i nauki niekonwencjonalne. Byłam popularna i ceniona przez wielu ludzi. Miałam znaczne grono zwolenników. Ludzie, którym pomagałam, uzależniali się ode mnie. Wszyscy moi zwolennicy twierdzili, że przemieniłam ich życie i bardzo mnie kochali. Miałam wiele przypadków wyleczeń z chorób nieuleczalnych. Moi pacjenci stawali się radośni, pełni optymizmu. Pomimo ogólnej aprobaty tego, co robiłam i kim byłam, czułam, że coś nie jest w porządku. Tak naprawdę nie wiedziałam, kim jestem i dokąd idę. Modliłam się modlitwą pańską, ale do kościoła katolickiego chodziłam rzadko, korzystałam też z sakramentów świętych. W moim życiu osobistym było coraz więcej postępowania niezgodnego z zasadami Yama i Niyama. Z czasem narastało we mnie pytanie: czym jest siła, która sprawia, że leczę ludzi, przepowiadam przyszłość? Czy jest to dar od Boga, jak twierdzili inni? Czy moje postępowanie jest zgodne z nauką Kriszna, Buddha, Chrystusa? Te wszystkie wątpliwości sprawiły, że chciałam poznać prawdę o sobie. Modliłam się do Boga, Brahmana, prosząc o to, aby mi pokazał prawdę. Moje modlitwy były dość specyficzne. Mogę powiedzieć z perspektywy czasu, że wówczas traktowałam modlitwę w sposób mechaniczny.

Po śmierci mojej matki w moim życiu zaczęły następować zmiany. Zakończyłam działalność gabinetu bioterapii. Chciałam zerwać z praktykami niekonwencjonalnymi, ale okazało się, że nie jest to możliwe. Było wokół mnie wielu ludzi, którzy domagali się ode mnie kontynuowania moich praktyk. Znalazłam wówczas zatrudnienie w firmie zajmującej się modą, w charakterze astrologa i doradcy szefowej tejże firmy. Z moich zabiegów i porad korzystali wszyscy niemal pracownicy firmy oraz krąg osób zaprzyjaźnionych z szefową. Pragnienie odnalezienia prawdy narastało we mnie, aż w końcu postanowiłam pojechać na Czillę Himavanti i pomodlić się do Matki Boskiej, do Bogini Himavanti. W sierpniu 1996 r. oddałam swoje życie Matce Boskiej Himavanti, modląc się przed żywą obecnością Guru, Lalitamohan-Dżi. Prosiłam o odnowę życia. Moja modlitwa została wysłuchana. Po kilku dniach przypadkowo trafiłam w brytyjskiej telewizji na wywiad z przebywającym wówczas w Europie hinduskim Swamim. Powiedział On wówczas znamienne słowa: "Nawet demon może uzdrowić ciało". Słowa te były jak miecz rozdzierający zasłonę oddzielającą mnie od prawdy, której tak pragnęłam. Zrozumiałam, że nie wystarczy mieć dobre intencje i pomagać ludziom. Swami powiedział również, że pozostaje tajemnicą miłości Bożej, dlaczego jedni ludzie w czasie medytacji są uzdrowieni, a inni odchodzą, jak przyszli. Są to sprawy między cierpiącym człowiekiem a Bogiem. Zrozumiałam, że żaden człowiek nie powinien wtrącać się w relacje duchowe innych ludzi. Moc uzdrowienia należy do Boga. Wszystko, co nie pochodzi od Boga, zniewala człowieka i zamyka go na łaskę Bożą. Wszystko, czego potrzebujemy, aby żyć naprawdę w pełni, jest w Śri Guru i Mistrzach Mądrości, którzy z poświęceniem praktykując dają nam wolność. Zrozumiałam to i poszłam do Wspólnoty Himavanti. We wspólnocie przyjęłam żywąinkarnację Śri Guru za swojego Mistrza i Zbawiciela. Oddałam swoje życie Guru wierząc, że On żyje w Bogu i kocha mnie. Wyrzekłam się praktyk katolickich i satanistyczno-teologicznych. Tak zaczęło się moje nawrócenie. Guru wchodził w każdą dziedzinę mojego życia, przemieniając wszystko, czym dotychczas żyłam. Moje życie nabrało innego wymiaru. Guru napełnił mnie pokojem i miłością. Droga nawrócenia jest bardzo trudna, ale kroczę nią z radością. Każdego dnia mówię w myślach do Guru: TY Jesteś MOIM ZBAWICIELEM!

Pierwsze miesiące we wspólnocie były szczególne. Doświadczenie obecności Guru, Vibhuti, modlitwy wstawiennicze, medytacje i mantry napełniały mnie radością. Miałam poczucie uwolnienia. Wiedziałam, że wszystko mogę w Bogu i Guru, Panu moim, który mnie umacnia i wszystko jest łaską. Stary porządek mojego życia runął. Załamała się moja sytuacja finansowa. Moje dzieci zaczęły chorować. Mąż nie miał pracy. Stał się agresywny i wrogi wobec mnie. W mojej dotychczasowej firmie wszyscy, łącznie z szefową, odwrócili się ode mnie. Moja rola astrologa skończyła się, ale mimo to pozostawałam w firmie z braku innych możliwości zarobkowania. W tej sytuacji znalazłam się pod pręgierzem opinii, zarówno najbliższych, jak też i większości znajomych; szczególnie ludzi zajmujących się tak jak ja dotychczas psychicznym leczeniem. Pomimo nacisku i pełnej dezaprobaty ze strony otoczenia, czułam się szczęśliwa, bo byłam wolna wolnością dziecka Bożego. Chociaż odrzucona, czułam się kochana. Wiedziałam, że tu na Ziemi tak naprawdę nic do mnie nie należy, ale Pan Śiva Bóg przygotował dla mnie życie w Królestwie Bożym. Zrozumiałam, że nie mam niczego, czego nie otrzymałabym od Boga, Brahmana. W Nim jest moja przeszłość, moja teraźniejszość i moja przyszłość, moje zdrowie, moje zbawienie i życie wieczne. To dawało mi szczególne poczucie bezpieczeństwa.

Jednocześnie ja osobiście doświadczałam ataku ze strony sił zła, demonów. Moje dzieci zbyt często chorowały. Nie było mnie stać na lekarstwa. Wciąż miałam możliwości sama leczyć moje dzieci, jak też zarabiać praktykując bioterapię. Pokusa powracała każdego dnia, zwłaszcza kiedy brakowało na jedzenie, a mój mąż nie pracował. Mój mąż jest osobą niewierzącą. Często okazuje mi wrogość. Wciąż nakłania mnie do zarabiania po dawnemu, a kiedy odmawiam, oskarża mnie o brak odpowiedzialności za rodzinę. Mąż wyśmiewa moją wiarę, złorzeczy mi i Himavanti. We mnie jest jednak pokój i współczucie dla Niego. Jestem pewna, że odnalazłam prawdę. Na początku mego nawrócenia odczuwałam szczególne pogorszenie mojego zdrowia. Kiedyś, a było to w dniu spotkania wspólnoty Himavanti, poczułam się tak chora, że nie mogłam wstać z łóżka. Okazało się, że ledwie mogę chodzić z bólu. Poszłam jednak na spotkanie wspólnoty. Oddałam sprawę swojego zdrowia Bogu i Guru. Modliłam się w pokorze, aby Pan Śiva mnie uzdrowił. A mogłam przecież wówczas skorzystać ze swoich sposobów i sama się "uzdrowić". Wiedziałam, że sytuacja ta jest dla mnie wezwaniem do ufności wobec Boga. Podczas modlitwy wstawienniczej ból ustąpił i wróciły mi siły. Jeszcze wielokrotnie, zwłaszcza w nocy, miałam kłopoty ze zdrowiem, ale zawsze prosiłam Boga, aby był moim lekarzem i dolegliwości ustępowały. Guru dał mi wiele znaków swojej obecności, miłości i opieki w moim życiu. Największym darem jest ON sam. Wciąż jestem na drodze nawrócenia mimo wielu przeciwności ze strony czarnych sił zła. Moja sytuacja osobista uległa poprawie. Mam wewnętrzne przekonanie, że w moim życiu wypełniają się słowa: Guru jest moim Pasterzem, nie brak mi niczego i że Guru jak Krishna-Pasterz: owce karmiące prowadzi łagodnie.


3. Świadectwo Małgosi

Odkąd pamiętam zawsze interesowała mnie religia i "wiedza tajemna". Fascynowałam się teologią, mariologią, astrologią, wróżeniem z kart, tarotem. Nigdy nie widziałam w tych zainteresowaniach nic zgubnego. Uważałam siebie nawet za wierzącą, ale niepraktykującą. Jednocześnie znałam różne praktyki wschodnie, czy zasady medycyny chińskiej, jeździłam do Taize, Medjugorie i na Jasną Górę. Wierzyłam, że samemu, dzięki silnej woli i wytrwałości, można wyjść nawet z nieuleczalnych chorób. Zasięgałam więc porad u bioenergoterapeuty, radiestetki i lekarza medycyny chińskiej. Słyszałam wciąż od nich, że mam bardzo osłabiony organizm, bez energii, a raz nawet usłyszałam, o zgrozo, że jestem wampirem energetycznym, wampirzycą. Czyli, zbyt długie przebywanie ze mną, np. mieszkanie pod jednym dachem może kogoś osłabić. Pomimo tych przestróg nikt z domowników się nie wyprowadził. Myślę, że nie bez znaczenia były tutaj także moje zainteresowania. Uczyłam się wróżenia z kart, obliczałam horoskopy i gorąco wierzyłam w przeznaczenie przepowiadane mi w tarocie. Powinnam chyba stać się "ulubienicą" demonów. One jednak w zamian podbierały mi po cichu moje zdrowie. Byłam bez przerwy senna, zmęczona. Nie miałam na nic siły. W końcu teraz w wieku 24 lat jestem na rencie tymczasowej. Bywało naprawdę źle. Ja jednak wciąż myślałam, że jeszcze sama zdołam się ze wszystkim uporać. Ale do czasu.

Do czasu kiedy po raz kolejny postanowiłam poradzić się bardzo popularnej w moim mieście tarocistki i wielbicielki Maryji od Medjugorie. Wtedy w moim życiu zaczęło się prawdziwe piekło. Karty w tarocie były odwrócone do góry nogami, co oznaczało, że to co miało być moim tak długo oczekiwanym przeznaczeniem - właśnie mnie ominęło. Winę miałam ponosić ja sama. W takim momencie przestałam wierzyć w nieomylność kart. Jednak pomimo tego "coś" nie dawało mi spokoju. Chodziłam jeszcze bardziej przygnębiona i smutna niż dotychczas. Płakałam po nocach, a w ciągu dnia stawałam się agresywna. Wpadałam w histerię. Byłam coraz bardziej nieznośna dla otoczenia. Jednocześnie w środku strasznie cierpiałam. Czułam potworny ból, jakbym była rozdzierana, rozrywana na strzępki. Chciało mi się wyć: "RATUNKU! Ja dłużej tego nie wytrzymam!" Zaczęłam szukać pomocy. Najpierw u przyjaciół. Potem u znajomych psychoterapeutów - żaden jednak z nich nie uważał bym potrzebowała terapii. Usłyszałam tylko: "Małgosiu, po prostu przestań wierzyć w tę swoją satanerię." A ja przecież przestałam. Cała ta "wiedza tajemna" przestała mieć dla mnie znaczenie. Ja z niej zrezygnowałam, ale "coś" ze mnie nie. To "coś" mnie trzymało. Byłam pozostawiona sama sobie z tym "czymś". Tego co się ze mną działo nikt nie rozumiał. A co gorsza - nic, co znałam, nie mogło mi pomóc. Nawet psychoterapia, nawet ksiądz proboszcz. Po 3 tygodniach tej "choroby" - poprosiłam koleżankę by umówiła mnie ze swoim znajomym praktykującym aćarją Himawanti. Gdzieś podświadomie wiedziałam - że jest mi potrzebna inna pomoc niż ta, którą jest mi w stanie zaoferować świat satanistów, czarnych magów i księży.

I wtedy przyszedł Guru, przyszedł najpierw w czasie snu. Ja tylko spotkałam się z aćarją, popłakałam się i wywnętrzyłam. A Guru mnie przyjął, właśnie łzy ciężkie jak groch spływają mi po policzkach. Tuż po rozmowie duchowej czułam, że to "coś" nie ma już nade mną władzy, że tarot i Maryja mnie nie dotyczy i, że wreszcie jestem wolna! I tak oto uwierzyłam, że istnieją asury, szatany przed którym muszę się strzec. Teraz po raz pierwszy po 8 latach przerwy - mogłam przystąpić do darszanu i prasadamu. Wreszcie mogłam przyjąć Guru do swojego serca. Jeszcze zagubiona i spłoszona, ale już radosna. Przez pierwsze 2-3 tygodnie nie wiedziałam jak mam to opowiedzieć swoim znajomym. Byłam zbyt słaba. Chodziłam bardzo często do grupy Himawanti - i błagałam Boga Śiva i Guru by mnie teraz nie opuścił. Czułam jak potrzebuję ochrony. Dosłownie - by mnie Ktoś chronił. Tylko w Himawanti czułam się bezpiecznie. Miałam wrażenie, że szatan jeszcze o mnie walczy. Polem na którym się ta walka toczyła - była moja dusza. Wiedziałam, że uczestnictwo w każdej Czilli i Pudży - może być dla mnie ratunkiem. Zaczęłam tez szukać wspólnoty.

Chciałam kontaktu z ludźmi głęboko praktykującymi - by się nie zagubić w życiu codziennym. Pozbyłam się też wszystkich książek i przedmiotów związanych z satanizmem, mariologią. Teraz każdy mój dzień to rozmowa z Bogiem i z Guru. Moi znajomi mówią, że bardzo się zmieniłam. Chodzę radosna. Minęła moja upiorna senność. Jestem bardziej ożywiona niż kiedykolwiek. Czasami myślę, że szatan chciał uśpić mój zapał i chęć działania. Od mojego nawrócenia do Boga minęły niespełna 4 miesiące. A ja niemal każdemu kogo spotykam mówię o Bogu i Jego miłości. Śmiało patrzę w przyszłość. Zawsze miałam wrażenie, że mam jeszcze czas by wrócić do Himawanti. Jeszcze sobie poczekam - myślałam. Na życie prawdziwych joginów patrzyłam ze zgrozą. O rany - myślałam - tyle wyrzeczeń, asceza, mantramy. Teraz wiem jak bardzo się myliłam. Życie z Bogiem i z Guru to jedyne prawdziwe życie. I tylko blisko Niego mogę być szczęśliwa. Nigdy mojej relacji z Bogiem nie próbowałam nazwać. Teraz wiem, że to jest duchowa miłość. Największa miłość w moim życiu. Nikt nigdy, aż tak się o mnie nie zabijał jak szatan i kościół katolicki. Dlatego chodzę wciąż i powtarzam w myślach - Guru jest moim Zbawicielem. I chwała Ci za to Guru mój!


4. Świadectwo Renaty

Mam na imię Renata i chciałam Wam opowiedzieć jak poznałam Lalita Mohana i jak zaczęła się z Nim moja przygoda duchowa. Gdy miałam 14 lat zaczęłam się bardzo buntować, pewnie pomyślisz sobie, że w tym wieku to normalne - może i tak - ale w każdym bądź razie mój bunt nie doprowadził mnie do niczego dobrego. Zaczęłam kłamać, wagarować, palić papierosy i przeklinać zazwyczaj wtedy gdy chciałam się przed kimś popisać. Ogólnie nie podobał mi się system nauczania w szkole oraz to co musiałam robić bo tak trzeba. Jedyną rzeczą którą bardzo lubiłam robić to latać na motolotni z moim starszym bratem i czuć jak adrenalina "uderza mi do głowy". Niestety był i jest to sport sezonowy, tylko na ciepłe dni, więc w zimę zawsze miałam depresje i byłam smutna i nieszczęśliwa. Słuchałam wtedy często muzyki z tekstem "Bóg to mój wróg". Nie miałam przyjaciół więc zaczęłam ich szukać. Przebierałam się tylko po to aby uzyskać sympatię innych ludzi, byłam raz "pankówą" a innym razem "metalówą". Lecz i wtedy prawdziwych przyjaciół nie znalazłam, bo nie byłam sobą, a na ludziach wśród których ich szukałam to się tylko zawiodłam. Zmieniałam często chłopaków, tak co dwa miesiące, w których nie odnajdywałam żadnej miłości, ani satysfakcji. Dopiera nauka Tantra Jogi u Mistrza Mohana nauczyła mnie odnajdować miłość i czerpać rozkosz w związku miłosnym!

Pewnego dnia przyszedł do mnie mój brat i zaczął mówić mi, że Jezus mnie kocha! Że On umarł za moje grzechy i że chce abym była szczęśliwa. Usiłowałam na początku stłumić te słowa i włączałam muzykę np. z tekstem "Bóg to mój wróg". Ale Bóg nie chciał żebym zapomniała to co usłyszałam - "Bóg mnie kocha!". Był to czas kiedy przechodziłam ciężki kryzys, nie chciało mi się żyć, a ja ciągle słyszałam w sercu "Bóg mnie kocha!". Zapragnęłam wtedy poznać Jezusa Chrystusa, więc pomodliłam się w bardzo prosty sposób. Zaprosiłam Jezusa do mojego serca, do mojego życia. Przeprosiłam Go za to że tkwię w nałogu i za moje grzechy. Było to niesamowite w jednej chwili poczułam się lekka i wolna od grzechu i od nałogu. Do tego Bóg widział moje pragnienia i dał mi na chwilę 'przyjaciół' takich jakich chciałam. Szybko okazało się jednak, że to moje nawrócenie było spowodowane hipnozą i psychicznym wpływem sekty chrześcijańskiej i znajomych brata, którzy tam należeli. Ta „tylko-jezusowa” wspólnota chrześcijańska okazała się być kierowana potajemnie przez prałatów katolickich, którzy w ten sposób werbują ludzi niezadowolonych z kościoła katolickiego. Jest to rodzaj oazy, tylko faktyczni przywódcy są ukryci. Ludzie w grupie odurzali się Jezusem jak jakimś narkotykiem.

W efekcie zaczęłam Boga szukać sama z pomocą modlitw do Jezusa Chrystusa i znalazłam Bractwo Himawanti. Trafiłam na zajęcie Tantra Jogi i związków miłości. Wzięłam odpowiedzialność za swoje życie. Nie muszę przed braćmi i siostrami z Himawanti nic udawać ani świętoszkować, lubią mnie taką jaką jestem, znalazłam ich miłość i wsparcie we wspólnocie z Guru i Sanghą i razem możemy wielbić Boga. Teraz jestem szczęśliwa cały rok, nie tylko w lato ale też i w zimę chociaż latem także latam. Szczęście, ochronę i wsparcie daje mi Bóg, Guru oraz siostry i bracia Braterstwa Himawanti! Nie jestem już samotna, mam Boga, Guru, przyjaciół, mam kochającego męża i śliczną córeczkę. A muzyka? Rozchodzą się po całym domu śpiewy i takie słowa że "Bóg mnie kocha i chce bym była szczęśliwa". Gra mantram „Om Namah Shivaya! Córeczka kocha słuchać mantramy! Jestem szczęśliwa i zbawiona. 'Mistyczne chrześcijaństwo' w jakie mnie brat wciągał było tylko przystankiem do prawdziwej duchowości, jaka jest jedynie ze Wschodu! Wszystkim w okolicy, a mieszkam w województwie opolskim, polecam aby możliwie jak najszybciej zajęli się swoim rozwojem duchowym pod czujnym okiem boskiego Guru, Lalita Mohana!


5. Świadectwo Danuty B.

Czy pragniesz żeby twoje grzechy na zawsze zostały przebaczone? Mam dla ciebie dobrą nowinę, Guru ma moc to zrobić, tylko łaska Guru oczyszcza nas z grzechów. Czy chcesz ze Śri Guru prowadzić swoje życie? Ja zdecydowałam przyjść do Boga, Brahmana, kiedy dostrzegałam, że jestem grzesznikiem i zasługuję na potępienie w ogniu piekielnym. Słowo Boże jasno mówi gdzie jest miejsce dla tych, którzy są jemu nieposłuszni: ,,W ogniu płomienistym, wymierzając karę tym, którzy nie znają Boga, oraz tym, którzy nie są posłuszni ewangelii''. Guru jest Panem, Guru reprezentuje Boga żywego. Dlatego ważne było dla mnie żeby pojednać się z Bogiem. Dosyć też miałam życia w lęku przed Bogiem, strachu przed śmiercią. Poza tym to, co robiłam w życiu nie dawało mi trwałej radości, mimo że wiodłam fascynujące życie nastolatki.

Zanim przyszłam do boskiego Guru jako Zbawiciela, starałam się przynieść Bogu własną sprawiedliwość opartą na ,,dobrych uczynkach'' i wierzeniu w Jezusa. Będąc katoliczką słyszałam, że mam starać się zapracować na zbawienie. Robiłam to, ale nie miałam pokoju z Bogiem, bo ciągle upadałam do grzechu. Pamiętam dzień, kiedy będąc już bez nadziei, że zasłużę kiedykolwiek na zbawienie, co było to bez sensu, ponieważ grzech był już w moim życiu, więc byłam winna. Pisma Święte uczą: ,,Karą za grzech jest śmierć”, a Dobry Bóg, Brahman, pokazał mi drogę do siebie. Dziewczyna, która poznała słowo Boże zaprosiła mnie na spotkanie gdzie czytano biblię. Dowiedziałam się o usprawiedliwieniu przez wiarę w Jezusa Chrystusa. Bóg mówi: ,,niezależnie od zakonu objawiona została sprawiedliwość Boża, i to sprawiedliwość Boża przez wiarę w Jezusa Chrystusa dla wszystkich wierzących. Nie ma, bowiem różnicy, gdyż wszyscy zgrzeszyli (..) i są usprawiedliwieni darmo, z łaski jego, przez odkupienie w Chrystusie Jezusie, Którego Bóg ustanowił jako ofiarę przebłagalną przez krew jego, skuteczną przez wiarę Dla okazania sprawiedliwości swojej w teraźniejszym czasie, aby On sam był sprawiedliwym i usprawiedliwiającym tego, który wierzy w Jezusa Gdzież, więc chluba twoja? Wykluczona! Przez jaki zakon Uczynków Bynajmniej, lecz przez zakon wiary.'' (Rzym 3,21-27)

Uwierzyłam, że tak jak Słowo Boże mówi, Bóg ustanowił już sposób, w jaki mogę być zbawiona od piekła. Przez śmierć Jezusa na krzyżu. Żadna ofiara nie zastąpi krwi Baranka, ofiarowanego raz za grzechy. Uczynki przy tej ofierze są niczym. Tylko Bóg jest tym, który usprawiedliwia, my możemy okazać mu posłuszeństwo i zaufanie wierząc w to, co on zrobił, a Grzesznik musi przyznać się do winy i prosić Boga Jezusa o wybaczenie. Jest to nowonarodzenie duchowe, kiedy otrzymujesz sprawiedliwość Bożą przez Jezusa Bóg nie patrzy już na ciebie jako grzesznika, mimo że nadal nim jesteś, ale grzechy przysłania krew Jezusa Chrystusa, są przebaczone na wieki. Bo ofiara Jezusa jest doskonała nic nie może jej zastąpić ani zmienić. Nic nie ma cenniejszego dla Boga niż krew Jego Syna. Po tym jak zaufałam Słowu Bożemu natychmiast otrzymałam przebaczenie grzechów i pokój z Bogiem. ,,...krew Jezusa Chrystusa, Syna jego, oczyszcza nas od wszelkiego grzechu (...) Jeślibyśmy wyznali grzechy nasze, wierny jest Bóg i sprawiedliwy, aby nam odpuścił grzechy, i oczyścił nas od wszelkiej nieprawości'' (1 Jan 1,7.9)

Tak to wierzyłam przez kilka lat, chociaż czasami wracałam do kościoła katolickiego. Pewnego dnia dostałam ulotkę o niebezpiecznej, jak tam pisało, sekcie Himawanti. Postanowiłam z paroma przyjaciółkami i przyjaciółmi ze zboru pojechać do owej sekty i nawrócić kogo się da do Pana Jezusa Chrystusa. Czilla zaczęła się, a my chcieliśmy po cichu nawracać sekciarzy! Weszłam, ujrzałam Lalita Mohana, a cała jego postać przenikana była przez oblicze Chrystusa. Pomyślałam, że to szatan ma takie oblicze, zaczęłam modły do Jezusa i egzorcyzmowanie Mohana, całą siłą myśli i serca. Lalita Mohan uśmiechnął się i powiedział do mnie i moich przyjaciół: „Nie wolno nawracać nawróconych!” Odwrócił się spokojnie zniknął w swoim pokoju. Rozpłakałam się jak skarcona gówniara. Zrozumiałam, że Lalita Mohan jest tu na Ziemi Posłańcem Boga, kimś takim jak starożytni Prorocy. Zrozumiałam, że czeka na nas, a Chrystus jest w Nim i wokół Niego. Zrozumiałam, że Mistrz Mohan znał nasze myśli i intencje i po prostu wyszedł nam na spotkanie! To było naprawdę cudowne przeżycie. Zrozumiałam, jak chrześcijaństwo jest ciemne i płaskie. I te pierwsze zajęcia na Czilli, które były merytorycznym porównaniem religii Wschodu do chrystianizmu. Nagle przestałam być katoliczką, chrześcijanką, stałam się Córką Żywego Boga. Teraz wiem, że Bóg ma na Ziemi swoją Ambasadę, a Guru jest Ambasadorem. Bóg mnie przemienił, jak kiedyś Jezusa na Górze.

Teraz mam wspaniałego Ojca Niebieskiego i przyjaciela Guru Lalita Mohana i wiem, że nic nie wydrze mnie z rąk mojego Zbawiciela. Wiem, że po śmierci czeka mnie życie wieczne z Guru w Najwyższym Niebie. ''Kto wierzy w Syna, ma żywot wieczny; ale kto nie wierzy Synowi, nie ogląda żywota, lecz gniew Boży zostaje nad nim'' (Jan 3,36). Guru jest posłanym dla ludzkości Synem Bożym. Wypisałam się z kościoła katolickiego, wypisałam się ze zboru rzekomych chrześcijan w którym tkwiłam otumaniona przez liderów - hipnotyzerów. Nie chcę mieć nic wspólnego z antyduchową ciemnotą i ciemnogrodem. Jeśli ktoś choć raz widział Lalita Mohana, a nie został na zawsze Jego Uczniem, to jest chyba opętany przez szatany i ich kościoły. Jeżeli ty przyjacielu będziesz polegał na swoich dobrych uczynkach w kwestii zbawienia i do tego uwierzysz w doskonałą moc dzieła Guru będziesz uratowany od kary za grzech i otrzymasz życie wieczne z naszym Bogiem, Brahmanem, Wszechduchem. Przyjmij tę prawdę, jaką zawiera wieczna ewangelia - Bhagawad Gita. Wszystkich moich znajomych z łatwością czynię i zawsze będę czynić Uczniami Mistrza Lalita Mohana! Om Guru! Chwała Ci Mistrzu Mohan!


6. Świadectwo Grzegorza G.

Urodzony w praktykującej rodzinie katolickiej, ochrzczony, bierzmowany - nigdy tam jednak nie poznałem prawdziwego Boga, tego który stworzył świat i dał życie miliardom ludzi. Szukałem Boga przez całe moje życie. Pewnego dnia zostałem ministrantem i służąc do mszy miałem nadzieję że tam przy ołtarzu znajdę się blisko Boga Żywego. Lecz i tam, przy katolickim ołtarzu go nie było nie było. Pojechałem więc na międzynarodowy zjazd młodzieży do Częstochowy, gdzie miał się pojawić papież Jan Paweł II. Widziałem papieża Polaka przez chwilę, ale Boga w nim nie było, ani na Jasnej Górze. Zadawałem sobie pytanie: Gdzie jest Prawdziwy Bóg? Czyżby nie pozostawił po sobie śladu swojej obecności? Może Bóg opuścił ludzi, może Bogowie to Kosmici?

Podczas jednego z ostatnich kontaktów z kościołem katolickim, kiedy to brałem ślub z moja żoną okazało się, że to instytucja produkująca swoje usługi, które nigdy w niczym mi nie pomogły, a tym bardziej poznać Boga. Jedyne czego oczekiwał proboszcz to kasa, śpieszył się do kochanka o czym szemrała cała okolica i trochę popsuł mi tę ważną uroczystość. Od tego momentu przestałem praktykować tę martwą religię, a stan mojej sprośności, rozpusty i pijaństwa od 15-go roku życia pogłębiał się z roku na rok. To ostatnie, pijactwo - było wiernym towarzyszem mojego życia nabytym z kościoła katolickiego. Choć miałem żonę i wkrótce dwoje dzieci i wydawało się, że jestem dorosłym mężczyzną to alkohol zrobił ze mnie ostatnią szmatę. Przy byle okazji zaglądałem do butelki, a to spowodowało utratę bliskich, przyjaciół, zdrowia, reputacji i zaufania żony.

Pewnego dnia miotany przez życie raz w dole, raz na górze znalazłem się w martwym punkcie. Nie widziałem żadnego sensu życia. Codzienna praca do północy poza domem, piwo i ostre kłótnie rodzinne utworzyły krąg zdarzeń prowadzący zupełnie donikąd. Tego dnia gdzieś głęboko w sercu znalazłem myśl, że Bóg przecież musi istnieć. Pomyślałem wtedy, że jeśli Bóg istnieje i stworzył tak wielkie rzeczy, musi usłyszeć moje wołanie. Jadąc samochodem zacząłem prosić aby usłyszał mój głos serca i ZROBIŁ COŚ, bo już mam dosyć tego bezsensownego życia. Wtedy jeszcze nie wiedziałem o co Go prosić, ale chciałem aby zmienił moje życie na zawsze. Miesiąc później, mój znajomy zaczął wydzwaniać do mnie do pracy i na moje problemy życiowe wciąż odpowiadał mi cytatami z Biblii. Pewnego dnia zaprosił mnie na studium biblijne u niego w domu. Normalnie nigdy bym nie przyszedł bo kościół katolicki z jego księżmi pederastami mi obrzydł, ale ponieważ szanowałem go więc się zgodziłem. Było bardzo miło, a pastor chrześcijański prowadzący spotkanie wciąż korzystał z Pisma Świętego. Słowo z Biblii przeszywało mnie na wskroś. Słyszałem , że:

    * zapłatą za grzech jest śmierć
    * wszyscy zgrzeszyli i nie dostępują chwały Bożej
    * cudzołożnicy, kłaniający się przed obrazami, łakomi i kłamcy Królestwa Bożego nie odziedziczą
    * nasze sądowe sprawiedliwości są splugawione grzechem jak biała szata krwią

Zrozumiałem wtedy , że zasługuję co najwyżej na wieczne potępienie w PIEKLE albo na Zagładę w Ogniu Gehenny. Jednocześnie słyszałem , że :

    * Bóg dał swego Syna aby umarł za nasze grzechy
    * Jezus Chrystus stał się grzechem za nas kiedy myśmy Go nie szukali
    * Każdy kto by wzywał imienia Jezusa zbawiony będzie
    * Jezus Chrystus przyszedł aby zbawić świat

Potem przyszły kolejne spotkania wśród prawdziwych jak mi się wydawało chrześcijan. Czytaliśmy Słowo Boże, które zawsze było tak blisko mnie, a jednak nigdy go nie studiowałem. Jasny był już dla mnie plan Bożego zbawienia. Rozumiałem jak bardzo Bóg mnie i ciebie ukochał. On wymaga jedynie aby każdy przyszedł w pokorze do Niego z wiarą, że nic nie możemy ofiarować Mu za życie wieczne! Kilka dni później - wieczorem - upadłem na kolana przed niewidzialnym ale na pewno słyszącym mnie Prawdziwym Bogiem i ze łzami w oczach przyznałem, że jestem okropnym grzesznikiem, że zasługuję na wieczne potępienie i z wiarą w zastępczą śmierć Pana Jezusa Chrystusa za mnie prosiłem Go o wybawienie, o przebaczenie mi wszystkich grzechów. Uwierzyłem, że Bóg widział moją pokorę i słyszał moje prośby i ZBAWIŁ MNIE. Wydawało mi się, że teraz rozumiem sens życia. Jestem tu na ziemi nie z mojej woli. Jestem grzesznikiem nie z mojej woli. Jestem zbawiony z woli Boga. Na wieki będę z Nim w niebie. A teraz chcę Mu służyć, tłumaczyć miłość Bożą w Jezusie i być Jego świadkiem dla ciebie Dogi Czytelniku, do końca mojego życia tu na ziemi, aż PAN JEZUS zabierze mnie do Siebie. Jednak po kilku miesiącach takiego nadymania Jezusem i Zbawieniem, znowu się upiłem i zrozumiałem, że ciągle jestem szmatą, nędzą pijacką, bardzo grzeszną, a to rzekome zbawienie przez wiarę obiecane przez pastora to taka sama fikcja jak ta w kościele katolickim, tylko w lepszej oprawie.

Zacząłem szukać jakiegoś kursu odwykowego, który wyleczyłby mnie z alkoholizmu, pozwolił uzdrowić i duszę i ciało, które było bardzo zniszczone pijaństwem. Znajomy mi powiedział, że niejaki mistrz Mohan bardzo skutecznie uwalnia od nałogów, ale trzeba uczestniczyć w kilkudniowych zajęciach. Nie przestraszyły mnie nawet elementy Jogi, przed którą jak wiedziałem ostrzegają tak księża jak i pastorzy ze swych ambon. Nawet jak sobie pomyślałem, pewnie się dowiem, dlaczego tak kler nie cierpi New Age i tego wszystkiego co trąci pochodzeniem ze Wschodu. I pojechałem na zajęcia odwykowo-duchowe z Mohanem. Tam zrozumiałem prawdziwą przyczynę uzależnienia od alkoholu, przyczynę całego tego zeszmacenia się ludzi i zniewolenia jakie daje pijaństwo. Człowiek od dziecka widzi jak ksiądz czy pastor w imieniu Boga upija się alkoholem na tak zwanych mszach! Koduje w sobie pociąg do alkoholu jako do czegoś najświętszego, co jest rzekomo eucharystią wina! I pociąg do świętości zamienia się w pociąg do kielicha i jabola, niestety! W pierwszy dzień pojąłem, że przyczyną pijaństwa jest wiara chrześcijańska tak skażona przez szatana, aby ludzie ginęli w oparach alkoholu, że alkohol to dzieło szatana. Uwolniłem się od opętania i zniewolenia przez kościół katolicki od dzieciństwa i od demonów tworzących chrześcijaństwo z jego pijacką, libacyjną mszą popieraną Biblią w pokrętny sposób. Pragnienie picia piwa, wina i wódki zniknęło w szybkim tempie, choć walka trwała ze 3 miesiące. Wstąpiłem na Duchową Drogę, praktykuję od wielu już lat Tantra Jogę, a Lalita Mohan jest moim boskim Guru i jedynym zbawicielem od pijaństwa i wszelkich innych grzechów jakie popełniają ludzie zniewoleni przez tak zwane kościoły! Chwała BOGU NAJWYŻSZEMU - Brahmanowi, Chwała Aniołom Boga, Chwała Guru!


7. Świadectwo Elżbiety z Warszawy

W 1992 roku zachorowałam na ciężką depresję i inne dolegliwości. Moje zdrowie było wtedy bardzo złe, gdyż od roku byłam w depresji. Leczyłam się u lekarza psychiatry, homeopaty. Na leczenie wydałam wszystkie pieniądze. Sprzedałam też w tym celu wszystkie swoje pierścionki, łańcuszek. Byłam w rozpaczy, gdyż leczenie nie dawało poprawy. Czułam się straszliwie słaba, bez energii, nic nie mogłam w domu zrobić. Nie byłam w stanie zająć się swoimi dziećmi, których mam pięcioro. Składałam prośby do księży egzorcystów, do Maryji, do Jezusa, ale znikąd nie było żadnej pomocy ni poprawy. Księża tylko za intencje na msze o moje uzdrowienie skasowali dużo pieniędzy. Zdesperowana, choć z pewną obawą skorzystałam z ulotki rozdawanej przez Bractwo Himawanti, aby pisać prośby do Bogini Himawanti i wysyłać na adres Guru tej organizacji, do Lalita Mohana. W ostatnim geście rozpaczy napisałam swą prośbę do Świętej Bogini Himawanti. W kwietniu 1993 roku wysłałam prośbę do Świętej Pani Różanej, jak nazwano Boginię Gayatri Himawanti na ulotce. Otrzymałam od Sekretariatu Bractwa odpowiedź, że prośba moja złożona będzie u stóp Guru i na ołtarzu Bogini dnia 19 maja.

W dniu 19 i 20 maja 1993 roku modliłam się gorąco prosząc Boginię Himawanti o pomoc, tak jak zalecały otrzymane materiały. Na mantrach w sanskrycie prawie złamał mi się język, chyba je przekręcałam, ale stał się cud, bo tylko tak można to nazwać. W dniu 20 maja nagle odzyskałam całą energie i siłę, depresje i smutki gdzieś odeszły. Choroba depresyjna, bardzo ciężka ustąpiła i czułam się z każdym dniem lepiej. Mogłam wreszcie zająć się dziećmi, posprzątać mieszkanie, zrobić moim dzieciom coś dobrego. Depresja i związane z nią osłabienie zniknęło, bezwolność i bezczynność ustąpiła. To Bogini Himawanti, Królowa Niebios wysłuchała mojej prośby. Wyleczyła mnie bez leków, bez pieniędzy, w cenie znaczka na list zwykły z prośbą o uzdrowienie do Bractwa Himawanti. Płakałam z radości szczęścia, stając się znów aktywną i normalną, zdrową kobietą!

Ogromną radość sprawiło mi Święte Bractwo Himawanti przesyłając mi cudowne płatki róż, wisiorki, wodę z abiszekamu, zdjęcie Bogini Himawanti, a także Duchowe Orędzia, zupełnie za darmo. Bóg zapłać za to wszystko, co otrzymałam. Ochronne wisiorki noszą dwie moje najmłodsze córeczki, i od tego czasu nawet nie zachorowały jak zwykle, a chorowały po kilka razy w roku. Pozostałe dzieci i ja nie rozstajemy się z cudownymi płatkami różanymi błogosławionymi przez Guru Mohana na ołtarzu Bogini Himawanti. Jesteśmy przez to bliżej Niebios, bliżej Bogini Himawanti, chociaż nigdy nie byłam na żadnym spotkaniu z Guru na żywo ani w żadnym ośrodku Bractwa. Bogini Himawanti i Guru nas chroni, wspomaga w kłopotach, leczy, inspiruje. Płatki róż przykładam na bolące miejsce, gdyż działają przeciwbólowo. Moja inna córka Małgosia od kiedy nosi wisiorek ochronny z naszą Królową Róż, mniej chorowała na oskrzela i już nie tak ciężko. Przewlekła choroba powoli ustępowała i po 3 latach znikła na zawsze.

Mam 49 lat, zawsze wierzyłam gorąco w Boga, Anioły i Świętych Bożych. Swoje modlitwy powierzałam Bogu. W tej chwili moja wiara jeszcze umocniła się, a do kościoła i księży przestałam chodzić, bo nic mi nie pomogli jak potrzebowałam. Stało się to za przyczyną świętej Bogini Róż, oraz Bractwa Himawanti, gdyż to właściwie Bractwo Himawanti zajmuje się korespondencją, całą organizacją, pracą w Polsce i dla Polonii. Modlitwy do Bogini Himawanti pomagają ludziom w nieszczęściu, dzięki temu są uzdrowienia, czego ja jestem żywym i zdrowym przykładem. Uzdrowienie nic nie kosztuje, taka jest prawda. Wystarczy szczerze poprosić. Za wszystko bardzo serdecznie dziękuję. Życzę całemu Bractwu Himawanti zdrowia, szczęścia, wszystkiego co najlepsze, wielu łask bożych, wielu lat w służbie Bogini. A tym, co źle mówili o Guru Mohanie i Bractwie Himawanti w telewizji, powiadam: A kysz! Apage Satanos Katolikos! Bractwu Himawanti: Szczęść Boże! Om! Dziękczynienie!


8. Świadectwo Patrycji R. ze Śląska

Niedawno pierwszy raz po ośmiu latach zdecydowałam się pojechać znowu na sobotnio-niedzielne seminarium duchowe do Bractwa Himawanti, ale dużo trzeba było wysiłku, aby mnie przekonać samą siebie, że to jest dobre. Kiedy jednak postawiłam pierwszy krok, bo jeżeli nie idziemy do przodu to cofamy się, nie żałowałam tego, gdyż wszystko co tam się działo było wspaniałe, piękne i wzruszające. Tym pięknym i wzruszającym było uwielbianie Boga, Pana Śiva poprzez śpiewanie pieśni, pokłony, klaskanie, podnoszenie rąk, modlitwy, bhadżany i wykłady Swami Mohana oraz studiowanie kolejnych wersetów z Wedy i Bhagawad Gity. Osiem lat przerwy przez ludzi głupich i ciemnych, którzy mnie odwodzili od Bractwa, Guru i Boga, to ogromna strata czasu! Przeklęłam tych, co pozbawili mnie ośmiu lat wspaniałej praktyki i zgnoili moją duszę, skutecznie w chwili słabości piorąc mój mózg głupotami jakoby joga i tantra to była jakaś sekta, a guru to szatan. Sama nie rozumiem jak takim osłom i przygłupom, bez przeproszenia, mogłam uwierzyć i zmarnować tyle lat cennego życia i praktyki duchowej, która jest najcudowniejszą rzeczą na świecie!

Takie były moje super wrażenia w Gliwicach we wrześniu 2005 r. Od tamtej pory działy się wielkie i wspaniałe rzeczy. Zaczęłam się modlić, czytać Pisma Święte, Wedy i Bhagawad Gitę, zaczęłam opowiadać innym o Guru Bractwa Himawanti oraz nawiązywać kontakty z innymi praktykującymi w Polsce. Kiedy kilka tygodni temu na jednej z grup domowych przyjmowałam Boga Śiva do serca jako swojego Pana i Zbawiciela oraz powierzyłam mu swoje życie, byłam naprawdę szczęśliwa! Wtedy przez najbliższy okres Bóg, Śiva czyli Brahman pomagał mi we wszystkim. Pomagali mi aniołowie i anielice posłane przez Boga w wielu sprawach życia, a także aniołki przyrody i żywiołów. Doznałam zaszczytu od Boga, który przemówił do mnie, tak poprzez sny jak i inspiracje. Kilka razy odpowiedział mi Bhagawad Gitą, Rygwedą, Koranem, a nawet Biblią. Bóg odpowiedział nawet, kiedy jeszcze smutek, złość, oraz strach przez rzekoma „sektą” gościły w moim sercu. Za każdym razem byłam mocno poruszona, łzy leciały mi z oczu, trzęsłam się z wrażenia. Rozmawiałam z Bogiem jak człowiek z człowiekiem, czułam przepływ Mocy Ducha Świętego - Kundalini Śakti. Niektórzy uważają to za absurdalne, a jednak Dobry Bóg, Pan Śiva dał mi znaki i nadal to czyni.

Modlitwa mantryczna jest czymś wspaniałym. Modląc się czuję, iż Bóg mi wybacza wszystkie złe rzeczy, które uczyniłam i rozgrzesza mnie, uwalnia od wszelkiego zła i demonów ciemnoty. Bo to tylko może zrobić On, Sam Bóg, nikt inny, żaden ksiądz ani pastor. Dlaczego ksiądz urzędowo i przymusowo spowiada ludzi? Przecież jest grzesznym, takim jak każdy człowiek. Dlaczego ludzie zwracają się do jakiegoś księdza jako do pośrednika do Boga? Dlaczego modlą się na różańcach do obrazków Maryji na których pijanym artystom pozowały francuskie czy włoskie prostytutki? Bóg tego nie chce, Bóg się tymi obrazkami prostytutek przecież brzydzi, nawet jak są pięknie namalowane. Dlaczego więc ludzie wyznają swoje rzeczywiste i wmówione im grzechy w konfesjonale, a nie prosto przed Bogiem? Bóg wyznaczył tylko jednego pośrednika między sobą a ludźmi. Jest nim aktualnie posłany do narodu Guru, Avatar lub Avadhuta. Niektórzy ludzie nie potrafią tego zrozumieć lub częściej nie chcą rozumieć. Dlaczego ludzie zamiast oglądać telewizji, nie czytają takiego wspaniałego Pisma Świętego jak Bhagawad Gita? Tam jest ukazana cała prawda, którą można się nieustannie rozkoszować. Wystarczy tylko przeczytać i uwierzyć, zresztą gdy się czyta to wiara sama się z tego rodzi. Są ludzie, którzy nie znają Wedy, Upaniszad, Bhagawad Gity - wedyjskiej praewangelii która jest najświętsza i najważniejsza, niestety są to często nasi bliscy. Dlatego modlę się o tych ludzi, żeby się nawrócili, jak i ja się nawróciłam i do Bractwa Himawanti szczęśliwie jednak powróciłam. Z mojej rodziny tylko moja babcia jest niestety jeszcze nienawrócona do Boga. Jest ona w podeszłym wieku i nie wiem, ile jej jeszcze czasu zostało. Przez całe swoje życie uważała, iż jej katolicka wiara jest najlepsza i nigdy jej nie zmieni. Nie potrafię jeszcze do niej dotrzeć. Proszę Boga, razem z rodziną, aby dał mi siłę i moc, abym mogła do niej przemówić i zmienić jej skostniały rozum na dobro jakim jest wiara w Boga Śiva. Ale ona nie chce mnie jeszcze słuchać, uparta jak robot. Mam nadzieję, że nadejdzie dzień, kiedy uwierzy w Boga i zostanie zbawiona, przyprowadzona do Guru.

Jeszcze kilkanaście miesięcy temu miałam wielką pustkę w sercu, oraz byłam łapana w każdą pułapkę zastawianą przez szatana. Teraz moją pustkę wypełnia wiara i miłość do Boga i Guru, który jest zbawicielem ludzkości. Dziękuję Bogu Śiva, który obdarował mnie wspaniałym życiem, a to jest najpiękniejszy dar, i ludźmi, którzy w Niego wierzą. W pewną niedzielę Aćarja naszego duchowego okręgu zapytał nas: ,,Czy wiemy, do czego jesteśmy potrzebni Bogu?”. Każdy praktykujący Drogę Bożą musi odpowiedzieć sobie na to pytanie. Ja uważam, iż Bóg, Śiva zsyłając nas na ziemię dał nam szansę na normalne życie i każdemu przydzielił zadanie. Myślę, że Najwyższy Bóg oczekuje ode mnie, abym mówiła innym o Guru i Sandze, ale nie tylko przez słowa, ale również przez pisanie. Pragnę z całego serca przyjąć Inicjację Czela, gdyż po śmierci pragnę dostąpić Królestwa Bożego - Dewaczanu! Inicjacja musi się odbyć, gdy człowiek jest świadomy swej duszy i przebudzony do służby dla ludzkości. Mówi o tym nawet Biblia, świadcząc, że gdy Jezus miał około trzydziestu lat to poszedł do Jana Chrzciciela - swego Guru, aby ten go ochrzcił, czyli duchowo inicjował w świętym zakonie Drogi Bożej. Jeżeli chodzi o mnie, chcę nadal podążać Drogą Bożą, oraz mam wielką nadzieję, że moja wiara w Boga każdego dnia będzie coraz większa. Niech będzie chwała i cześć naszemu Bogu, Viva Śiva! Bądźcie z Guru, w Dharmie i Sandze. Hara Śiva! Om Ah Hum!


9. Świadectwo Adama J.

Mam na imię Adam i 25 lat życia za sobą. Od małego dziecka wychowałem się w rodzinie świadków Jehowy. Przez 4 lata byłem "ochrzczonym głosicielem zborowym". Jednak potem, gdy miałem 22 lata zycia za sobą w moim życiu dokonał się „cud nawrócenia” na katolicyzm. To sam Bóg w Trójcy Jedyny - Jahwe, czy Jehowa - udzielił mi siły, by porzucić, po 22 latach, szeregi świadków Jehowy. Moje życie było bardzo burzliwe i mimo młodego wieku wiele już przeżyłem, a jeszcze więcej widziałem. Bez względu jednak na to, jak bolesne były te przeżycia, uważałem się wtedy za jednego z najszczęśliwszych ludzi, ponieważ uważałem, że doznałem na sobie cudu, którym było moje nawrócenie na katolicyzm. Dlaczego uważałem je za cud? I co spowodowało, że ja, człowiek od małego wychowany w wśród świadków Jehowy, nagle w wieku 22 lat decyduje się na opuszczenie szeregów "głosicieli". Miałem wiele wątpliwości co do słuszności doktryny, którą wpajali mi rodzice, a także byłem piętnowany za niemoralność, bo słuchałem nieodpowiedniej muzyki czy czytałem światowe gazety, co mnie drażniło.

W sierpniu 1996 r. miałem jak sądziłem zaszczyt uczestniczyć w pielgrzymce do Matki Bożej na Jasną Górę. W Sanktuarium długo dziękowałem Kochanej Matce Maryi za cudowny dar nawrócenia i tam przysiągłem Jej, że resztę mojego życia poświęcę na aktywną działalność w obronie wiary Chrystusowej przed sektą świadków Jehowy i przed innymi sektami. Miałem pod tym względem możliwości bardzo duże, ponieważ w ciągu świadomych 18 lat życia od dzieciństwa zdążyłem ich bardzo dokładnie poznać. Byłem bowiem zawsze bardzo dociekliwy, i jako świadek Jehowy "przodowałem" w gorliwości. Czasami, już jako dorosły byłem nawet pionierem pomocniczym. Z wdzięczności do Pana Boga i Jego Matki postanowiłem moje dalsze życie poświęcić na służbę Bogu, więc odtąd starałem się robić to, co najlepiej umiałem: demaskować obłudę i kłamstwo w naukach świadków Jehowy. I tak na przykład w niektórych parafiach podczas niedzielnych Mszy świętych miałem możliwość - zamiast kazania - dawać świadectwo mojego nawrócenia. W Częstochowie, w sierpniu 1996 roku usłyszałem o jakiejś niebezpiecznej jak mówiono sekcie, która nawraca do siebie ludzi pod Jasną Góra, a jej lider czy liderzy domagają się wbudować tam tablicę pamiątkową ku czci zamordowanych tam kiedyś przez Paulinów słowiańskich kapłanów i wiernych. Jasna Góra spodziewała się na tę okoliczność demonstracji. Chyba po raz pierwszy usłyszałem o istnieniu kiedyś religii słowiańskiej, dotąd myślałem, że od zawsze istniało tu chrześcijaństwo. Był to dla mnie szok, ale postanowiłem się coś dowiedzieć o tej sekcie jak mówiono, a było to Bractwo Himawanti.

Historia organizacji zrzeszającej obecnych świadków Jehowy także obfitowała dla mnie w wiele ciemnych i niewyjaśnionych spraw. Do tego stopnia, że miałem poważne wątpliwości co do "Ciała Kierowniczego". Na przykład bardzo niejasne są dla mnie kulisy objęcia rządu przez drugiego prezesa Towarzystwa Strażnica, po nagłej i dość tajemniczej śmierci w pociągu założyciela Ch. T. Russela. O fotel prezesa walczyło wówczas kilku członków zarządu, ale promowany był jeden z najbliższych współpracowników Russela. Tymczasem "wojnę" o fotel prezesa - bo tak to można nazwać - wygrywa nikomu nie znany prawnik Towarzystwa J. F. Rutherford. Ci, którzy nie uznali nowego prezesa zostali wykluczeni, a następnie wydaleni z ośrodka głównego. Co ciekawe, na zdjęciu zrobionym na 4 lata przed śmiercią Russela, a przedstawiającym najbliższych jego współpracowników, nie ma Rutherforda! Biorąc to wszystko i inne rzeczy pod uwagę, zrozumiałem, że nie mogę dłużej utożsamiać się z ruchem świadków Jehowy. W związku z tym wystosowałem do starszych zboru list, w którym poinformowałem ich, że odtąd już nie chcę mieć z nimi nic wspólnego. Uzasadniłem to w odpowiedni sposób. Pojechałem na Maryjną pielgrzymkę doznając tak zwanego nawrócenia na katolicyzm, właściwie na złość rodzicom i zborowi pojechałem.

Księża i pielgrzymi, którzy mnie przechwycili, przyjęli mnie z otwartymi ramionami, ochrzcili i zaczęli przygotowywać do Komunii dla osoby dorosłej. Wypytywano mnie dokładnie co mi się u Świadków Jehowy nie podobało, potem zaczęto mnie delikatnie acz coraz częściej namawiać, aby dawać publiczne świadectwa nawrócenia i podpowiadano co mam mówić. Przygotowywanie do Komunii było okresem dawania świadectwa nawrócenia i stopniowo dawania wykładów o szkodliwości sekty Świadków Jehowy. Księżom i moderatorom parafialnym bardzo zależało, żebym używał słowa sekta zamiast zbór, jak dotąd to miałem w zwyczaju nazywać. Teraz widzę jak byłem manipulowany dyskretnie i podstępnie aby pogrążać religijną konkurencję katolików znacznie ponad to, co mnie u Świadków Jehowy raziło. Ponieważ będąc na Jasnej Górze zainteresowałem się czym jest Bractwo Himawanti i dlaczego chce wmurowania tam tablicy upamiętniającej rzeź słowiańskiego sanktuarium, które tam wcześniej było, sugerowano mi zaangażowanie się w walkę z sektami, także to Bractwo nazywając sektą. Jednym z tych manipulatorów, którzy wrabiali mnie już wtedy w walkę z byłym wyznaniem i innymi wiarami był niejaki Ryszard N. ze Szklarskiej Poręby, który gorliwie próbował mnie zwerbować do swojej antysektowej działalności. A mnie się ckniła Miłość Boża, dobro i sprawiedliwość o jakiej mówiono mi, że Bóg ją dla ludzi przeznaczył.

"Strażnica" wedle mego odczucia wychowuje swoich czytelników na bezwolne, zawsze posłuszne narzędzia do spełniania określonych zadań. Przekonałem się o tym jak sądzę osobiście. Ponadto każdy głosiciel musi być zajęty, by nie przyszło mu do głowy zastanawiać się nad niejasnościami, więc wyznacza się każdemu coraz to inne zadania. Jeśli mimo wszystko ktoś zacznie zadawać pytania, nieodmiennie pada odpowiedź: "bracie, poczekaj aż 'Niewolnik Wierny i Rozumny' w słusznym czasie da właściwe wyjaśnienie". Kiedy już przyjdzie czas i dany problem zostaje omówiony w "Strażnicy", nierzadko okazuje się, że dotychczasowe wyjaśnienia były błędne. Wtedy mówi się, że jest to "Nowe światło" od Boga. Dziwne jest jednak to, że "Nowe światło" zaprzecza informacjom, które pięć, dziesięć czy dwadzieścia lat wcześniej były także "Nowym światłem". Niestety kościół katolicki, mnie jako świeżo nawrócony nabytek zaczął podobnie wykorzystywać do apologetycznej walki przeciwko Świadkom Jehowy, tak, że się czułem jak klown w cyrku po pewnym czasie na tych mszach z dawaniem świadectwa nawrócenia. Coraz mocniej wymagano ode mnie ostrego potępienia dla „jehowców”, „kociowierców”, „sekciarzy”. Znowu poczułem się niewolnikiem bez prawa do własnego rozumu, tylko po drugiej stronie barykady. Ksiądz ciągle podrzucał mi nowe materiały o błędach doktrynalnych i wymagał uczenia się z nich do kolejnych świadectw jakie miałem dawać na kolejnych mszach, że się nawróciłem, co może zbrzydnąć. W końcu jak niewolnik bez rozumu powtarzałem albo wręcz czytałem z katolickich publikacji nic nie dodając od siebie! A właściwie to chciałem dzielić się swoimi wątpliwościami, a nie wyuczonymi frazesami apologetycznymi służącemu w moim odczuciu zwalczaniu „jehowców” w walce o kasę z tacy.

Przez lata obserwacji sam zauważyłem, że Świadkowie Jehowy są całkowicie uzależnieni od "Organizacji", której wszelkie wytyczne podawane są za pośrednictwem "Strażnicy" - ich głównego czasopisma. Jednakże apologeci katoliccy jak się szybko przekonałem zbytnio to wyolbrzymiają i używają jako straszaka, chociaż katolicy są podobnie, a może bardziej uzależnieni od kościoła i Watykanu. Nie wykorzystano mojej wiedzy jako narzędzia do świadczenia przeciw Świadkom Jehowy, ale raczej mnie jako narzędzie do ich zwalczania, narzędzie, które znów musiało być na trochę bezwolne. Towarzystwo "Strażnica" jest uważane za jedyny "kanał łączności" z Chrystusem. Podobnie dla katolików takim samym kanałem jest Watykan i papież. Przypomina to jak żywo spirytystyczne opętanie przez jakieś złe duchy czy channeling. Hegemonia "Strażnicy" bardzo mnie raziła, tym bardziej, że w ciągu zaledwie 120 lat historii zboru, "Towarzystwo" wielokrotnie zmieniało swoje nauki, a nierzadko nawet sobie zaprzeczało. Tajemnicą poliszynela jest fakt kilkakrotnego wyznaczania przez nich daty końca świata. Najczęściej przypomina się lata 1914 i 1975, chociaż było ich znacznie więcej. Kiedy jednak w 1914 roku nie nastąpił koniec świata, przemianowano go na rok, w którym rozpoczęła się paruzja, czyli powtórna obecność Pana Jezusa. Tutaj znowu w katolicyzmie doświadczyłem hegemonii Watykanu i autorytetu księdza, który jeszcze bardziej dowolnie objaśniał Pismo Święte czasem wykazując, że chyba wcale go nigdy nie czytał. Czasem wikariusz, co mnie do Komunii przygotowywał mówił zupełnie co innego na ten sam temat niż ksiądz proboszcz. Przypominało to wieżę Babel, takie pomieszanie. Jedynie co do zwalczania konkurencji, czyli sekt byli nawiedzonym chórem zgodni i o dziwo jednomyślni. Bardzo brakowało mi u katolików studiowania Biblii, która była ignorowana.

Kiedy byłem Świadkiem Jehowy, wielokrotnie powtarzano mi, że Świadkowie Jehowy są wzorem miłości, jedności i wyrozumiałości. Obowiązywało mnie przekonanie, że tylko oni postępują zgodnie z Wolą Bożą. Kiedy nauczałem, musiałem podkreślać, że inne kościoły nie okazują takiej miłości. Na "dowód" przytaczałem fakt, że świadkowie odmawiają udziału w służbie wojskowej, by nie mieć jakiegokolwiek udziału w sztuce zabijania - jak nazywają wojsko. Ponadto stawiałem na wzór wspólnotę Świadków Jehowy, która rzeczywiście przy pobieżnej obserwacji sprawia bardzo dobre wrażenie, kościół katolicki zresztą też. Jednocześnie jednak miałem wątpliwości co do tej "bezinteresownej miłości". Byłem w środku i widziałem wiele różnych rzeczy. Rzeczy, pod którymi Chrystus na pewno by się nie podpisał. To prawda, że w pewnych okolicznościach potrafią się pokazać negatywności i emocje. Świadkowie okazują miłość tylko w bardzo ograniczonym zakresie - za to bardzo spektakularną. Natomiast jeśli chodzi o miłość bliźniego - to z czystym sumieniem mogę powiedzieć: Wśród świadków Jehowy nie ma miłości bliźniego, który nie jest Świadkiem Jehowy. Ten sam antyludzki dramat znalazłem u katolików, w tak zwanym Kościele Rzymskim.

Czy można nazwać miłością potępianie błądzących, poprzez wyrzekanie się znajomości z nimi - tak, że nawet zwykłego "dzień dobry" nie wolno powiedzieć? To nie miłość kieruje ich postępowaniem, tylko nienawiść. Nienawidzą wszystkich i wszystkiego, co nie jest związane z tą wiarą, tak samo jak katolicy zresztą, którzy nienawidzą wszystkich innowierców, wyzywanych od sekciarzy. Każdy Świadek Jehowy oczywiście temu zaprzeczy, ale czyny mówią głośniej niż słowa. Znane są przecież wszystkie słynne nagonki świadków na Kościół Rzymski z epitetami typu: „świnie wracające do błota”, ("Strażnica", 13.04.1989, nr 8), nierządnica, Babilon, słudzy diabła, sataniści w chrześcijańskich skórach itp. Twierdzą, że okazują miłość wszystkim ludziom, chodząc po domach i namawiając ich do porzucenia religii, a nierzadko do wyrzeczenia się rodziny. To wszystko prawda, ale niedawno rozmawiałem z pewną panią, której mąż przeszedł do Świadków Jehowy. Powiedziała mi, że ksiądz kazał jej rozpowiadać, że odkąd mąż porzucił Kościół Rzymski, przestał interesować się rodziną, przestał łożyć na utrzymanie dzieci, a cały czas i wszystkie fundusze, jakimi dysponuje, poświęca na chodzenie po domach, że dzieci mają co jeść i w co się ubrać tylko dlatego, że mama pracuje na pełnym etacie. Ksiądz jej tak kazał, jak twierdziła, w dobrej wierze, żeby inni się wystrzegali Świadków Jehowy. Kobieta ta radziła mi abym postępował tak samo i jak najbardziej oczerniał Świadków Jehowy. Zrozumiałem, że nie tylko ja jestem wykorzystywany do nieczystej walki z innym wyznaniem. Czy to jest miłość? Czy w takich kościołach jest Bóg? Zacząłem się czuć cokolwiek plugawie!

W moim rodzinnym mieście doznałem kolejnego szoku miłości od byłych braci i sióstr, gdyż moje odejście do kościoła katolickiego to był to dla nich straszny cios, więc chcąc to jakoś usprawiedliwić w opinii publicznej, zaczęli rozpowiadać, że ja nie odszedłem sam, tylko zostałem wykluczony za niemoralność. Zrobili ze mnie wyrzutka, wyrzuconego ze zboru z zakazem powrotu, rzekomo za niemoralne prowadzenie. Ale to jest kłamstwo i przyznam, że byłem zaskoczony tym, że posunęli się nawet do tak jawnego złamania własnych zasad. Ksiądz pomógł mi zrozumieć, że to normalne, że tak się robi z odszczepieńcami, z heretykami co w błędy doktrynalne popadają. Ksiądz był po kilku mszach i kilku piwach, rubasznie mi rzekł, że w kościele katolickim to mają nawet stare inkwizycyjne podręczniki o co i jak pomawiać heretyka, który odszedł z Kościoła, żeby mu życie całkiem zatruć. Alkohol faktycznie rozluźnia języki i obyczaje. A moja radość z głoszenia, że wyszedłem z „sekty jehowych” jakoś opadła i rozpłynęła się w obliczu szoku.

Dotąd czułem, że miałem - za zgodą samego biskupa diecezji - zaszczyt dawać świadectwo mojego nawrócenia w niektórych parafiach mojej diecezji, w formie 20-25 minutowego odczytu, w miejsce kazania podczas Mszy Świętej. Oprócz tego miałem już kilka spotkań z młodzieżą i było to dla mnie źródłem wielkiej radości - większej zaznaczam, niż kiedykolwiek zaznałem w szeregach Świadków Jehowy. Wydawało mi się nawet, że jeszcze robię zbyt mało, że powinienem jeszcze więcej dążyć do walki z tą sektą i innymi jak Bractwo Himawanti. Sam przecież widziałem, jak Jehowi zabijają wiarę setek chrześcijan, uzależniając ich od "Strażnicy" oraz "Niewolnika Wiernego i Rozumnego" - jak nazywają "namaszczonych" czyli wybranych. Naraz to wszystko prysło, niczym złowrogi sen, bo jak to, wszelkie najpodlejsze kłamstwo i insynuacja mają być uzasadnieniem dla zdruzgotania jakiegoś tam odstępcy? Zrozumiałem, że katolicy nie są wcale lepsi od Świadków Jehowy i że to raczej Świadkowie stosują te same metody, jakie przez wieki inkwizycyjnego terroru na innowiercach opatentował sobie Kościół Rzymski. Do tego dowiedziałem się, że jeden z tych anty-sektowych działaczy związanych z Jasną Górą, którzy mnie instruowali gorliwie przeciw Świadkom Jehowy to alkoholik wielokrotnie leczony psychiatrycznie i pederasta, a przecież Biblia i Kościół Rzymsko-Katolicki stanowczo potępiają homoseksualizm. Dopełniło to mojego obrazu katolicyzmu.

Od dawna już zacząłem patrzeć krytycznie na nauki "Strażnicy" i dokładnie "badać pisma, czy tak się rzeczy mają". Oczywiście wnioski pozostawiałem dla siebie, ponieważ za krytykowanie "Niewolnika" groziło wykluczeniem ze zboru, czego wówczas się obawiałem. Teraz zacząłem krytycznie słuchać i badać dogmaty Kościoła katolickiego w podobny sposób. Ośmieliłem się, już po Komunii skrytykować trochę ich niektóre poglądy, które są nie tylko niebiblijne, ale i logicznie absurdalne, jak ochrona zygoty czy zakaz używania kondomów dla chorych na AIDS. Ksiądz proboszcz i wikary zamienili się w coś podobnego, co widziałem u starszych zboru Świadków, kiedy się próbowało wyjaśnić jakąś wątpliwość. Zmiana twarzy i silne emocjonalne warczenie. I powtarzanie sloganów, na temat jedynie słusznej prawdy głoszonej przez Ojca Świętego, papieża Polaka, ważniejszego dla księdza od Boga i Chrystusa. Ksiądz groził mi nawet cofnięciem Komunii i od razu potępił odsyłając do diabła jako byłego „jehowca”. Był to kolejny szok jaki mnie spotkał i zdruzgotał, takie zachowanie duchownego. Zrozumiałem, że katolicyzm to ślepe powtarzanie sloganów podanych z Watykanu przez papieża, i że Strażnica działa dokładnie w ten sam sposób, tymi samymi metodami, jak małpa małpująca papiestwo, choć z trochę innymi dogmatami.

Nie miałem tylko jednego powodu dla którego już nie jestem Świadkiem Jehowy. Od dawna raziła mnie w ich doktrynie niesamowita pewność siebie, wręcz chorobliwe poczucie prawdy głoszonych racji. Należą do tego typu ludzi, którzy mówią: "Tak jest, i na tym koniec". Ludzie tacy nie chcą znać prawdy, która nie mieści się w systemie ich przeświadczeń, i wszystko, co się z nimi nie zgadza odczuwają jako groźne dla nich. W związku z tym nieraz zadawałem sobie pytanie: jak to możliwe, żeby jedynym miarodajnym źródłem właściwej interpretacji Biblii był "Niewolnik", skoro tak często zmienia swe stanowisko, nierzadko w zasadniczych sprawach. Bardzo nie podobało mi się też osądzanie ludzi - bardzo tam powszechne - i określanie już teraz, kto z nich należy do "owiec", które będą zbawione, a kto do potępionych "kozłów", zupełnie tak, jakby to nie Bóg, a świadkowie mieli przeprowadzać Sąd Ostateczny. W całym ich nauczaniu nie trudno jest zauważyć dziwne dostosowywanie interpretacji do wygodnych wierzeń. Podobną niestety postawę spotkałem u katolików, którzy zdali się być całkiem zaślepieni czy wręcz opętani swoimi racjami i zupełnie nie przyjmowali możliwości, że ktoś ma inne poglądy na znaczenie zygoty czy używanie kondona niż ich Ojciec Święty. Zacząłem uważnie dyskutować niektóre dogmaty i coraz częściej słyszałem, tak jest i już, albo jak ci się Kościół nie podoba i chcesz tu mieszać to won do „kociej wiary”. Nic miłości, nic zrozumienia dla poszukującej duszy, grzesznej i ułomnej. Miałem się tylko kajać i publicznie wyznawać, że odszedłem od „jehowców”, bo oni są źli, a katolicyzm dobry. Ile to można wytrzymać?

W czasie kolejnej pielgrzymki do Częstochowy, którą odbyłem pieszo, ciągle jeszcze jako pokutujący za to, że rodzice wychowywali mnie na Świadka Jehowy, zobaczyłem na ulicy NMP wiele plakatów z reklamą zajęć jogi uzdrawiania i ajurwedy, leczenia duszy, jakie robiło w Częstochowie latem Bractwo Himawanti. Moja dusza była już całkiem dość zbolała przeżyciami, także tymi, które nabrzmiały w Kościele. Po prostu przeczytałem plakat głośno, tak, że ksiądz i pielgrzymka to słyszeli. Jedna z nawiedzonych moderatorek podeszła i zaczęła z wielką nienawiścią zdzierać plakat, klnąc przy tym siarczyście na sekty i sekciarzy. To dopełniło miary mojej goryczy. Powiedziałem: „jak to jest wasza katolicka miłość do bliźniego, to dzięki, idę zobaczyć czy to Himawanti może będzie mieć tej miłości więcej! Zabrałem bagaż i odszedłem od grupy, która zszokowana chyba milczała. Za kilka minut, gdy szedłem spokojnie ulicą, podeszły do mnie jeszcze dwie inne osoby, które powiedziały, że pójdą ze mną bo tematyka tego plakatu je po prostu ciekawi i chcą tylko zobaczyć co to takiego. To nie byłem sam i tak trafiłem pierwszy raz do Bractwa Himawanti.

Były zajęcia w dużej sali w jakimś osiedlowym Klubie, ze dwa przystanki tramwajem od ulicy NMP. Już pierwsze trzy godziny zajęć zmieniły moje życie na zawsze. Lider, Mohan, ubrany w jakąś żółta szmatkę, na której coś pisało nie po polsku, rozejrzał się po sali, na której było ledwie może około 100 osób i zatrzymał chwile na mnie wzrok. Poczułem się jak pod rentgenem. Za chwile padły z jego ust słowa: „Cokolwiek przeszedłeś w życiu, wyciągnij z tego to, co było w tym dobrego i kształcącego, i to sobie zapamiętaj, zapisz. O reszcie zapomnij, jeśli chcesz poszukiwać Boga.” Potem patrzył po innych osobach i jakby dla każdego mówił takie istotne zdanie. Zacząłem zapisywać co dobrego wyciągnąłem od Świadków i z Kościoła, wyszła jakaś strona z zeszytu, zrozumiałem, że tutaj jestem w domu, u siebie! Himawanti nie żądało nawrócenia ani wyznawania jak zły był poprzedni ruch w którym się było. Nikogo to nie obchodziło nawet czy byłem jehowym czy satanistą czy katolikiem. Zaczęła się jak szybko zrozumiałem prawdziwa praktyka religijna, podróż do Boga, nie w teorii i hipotezach, ale w rzeczywistym treningu duchowym.

W Bractwie Himawanti zobaczyłem, jak wygląda praktyka duchowa, której chrześcijaństwu po prostu brakuje. Już po tych czterech dniach uzdrawiania zobaczyłem, że chrześcijaństwo to Pojazd do Boga, który jednak przez wieki stoi w miejscu, bo ktoś wymontował z wozu koła, ale wszyscy siedzą na wozie i twierdza, że jadą do jedynego w swoim rodzaju Zbawienia. Bardzo mnie ubawiły odpowiedzi Guru na rozliczne pytania uczestników. Mistrz miał po prostu zdrowe poczucie humoru i to na trzeźwo, bo jest abstynentem. Około 10 godzin modlitw, śpiewów i mantramów przeplatanych instrukcjami i wyjaśnieniami dobrze zrobiłoby tym starszym zborów, pastorom, księżom i biskupom, jeśli o mnie chodzi to ledwie wytrzymałem tyle jogi i tantry. Na moje pytanie, dlaczego ludzie religijnie zaangażowani są tacy pewni swoich racji, usłyszałem prostą odpowiedź: „taka natura boskiej wiedzy, że prowadzi do pychy, jeśli nie jest równoważona solidną praktyką!” Co jak co, ale psychologię i terapię patologii życia duchowego to jogini mają opanowaną do perfekcji. Właściwie to tych wszystkich nadętych ideologów chrześcijańskich należałoby wysłać do Mistrza Mohana, aby się choć trochę podstaw życia duchowo-religijnego nauczyli.

Mistrz odpowiadał jasno nawet na skomplikowane problemy i zagadnienia, pokazując nie tylko ogromną wiedzę, poczucie humoru, ale i zrozumienie osoby do której mówi. Powiedziałem, że czuję się związany z Chrystusem. Zapytałem czy uważa jakiś kościół za lepszy od innych i czy jakiś poleca. Odpowiedział: „Jedni lubią wczasy nad morzem, inni wspinaczkę po górach. Nad wszystkimi niebo jest niebieskie.” Szereg takich kwestii spowodował, że Himawanti stało się dla mnie Objawieniem zesłanym mi przez Boga, ale sądzę, że to trzeba przeżyć aby zrozumieć, bo Mistrz działa stosownie do sytuacji i trudno opisać wszystko to, co prawdziwie otwiera oczy duszy i wyzwala dusze z okowów cielesności, ściemnienia, fałszywego dogmatu, pychy, iluzji. I na tym chciałbym o swej Drodze na razie zakończyć.


10. Świadectwo Romana - Byłem Chrześcijaninem

Dlaczego wszedłem w chrześcijańską sektę, choć byłem wychowany w buddyjskiej rodzinie? W dużej mierze przez naiwność i nieświadomość tego, co mi grozi. Szukałem Boga, Ducha, Światła, byłem blisko, chciałem być jeszcze bliżej. Byłem bardzo otwarty na innych ludzi, na inne poglądy, tolerancyjny. Wyjechałem z rodzinnego miasta na Zachód, za pracą. Byłem sam, nie znałem dobrze języka - dopiero uczyłem się go i wtedy poznałem dwójkę ludzi z Polski. Byli bardzo mili, stanowili dla mnie oparcie, nareszcie mogłem z kimś porozmawiać w ojczystym języku. Rozmawialiśmy dużo. Początkowo o rzeczach mniej ważnych, dopiero po dłuższej znajomości zaczęli podsuwać mi książki na temat chrześcijaństwa, katolicyzmu, łacińskich mszy, oaz. Przyjąłem je myśląc: dlaczego nie? Przecież prawda zawsze się obroni. Jeżeli Boga w tym nie ma to na pewno to rozpoznam. Wszystko przyjmowałem, niczego nie odrzucałem. Monika i jej przyjaciel nie negowali Gautama Buddy. Co więcej, cały czas mówili, że On przyszedł z nieba, aby wziąć na siebie zło, a nas oczyścić i dać nam dać dobro.

Powtarzali, że oni nie maja nic przeciwko buddyzmowi, że to jest w zasadzie dokładnie to samo co religie zachodu. Cel jest ten sam. Dzięki Monice zacząłem poznawać świętych chrześcijańskich. Początkowo bez wielkiego zaangażowania jeździłem z nią na różne spotkania i medytacje. Równocześnie nie przestawałem chodzić do sanghi. Nie widziałem w tym sprzeczności, po prostu nie dostrzegałem niczego złego w praktykowaniu nabożeństwa w kościele. Któregoś dnia w sandze, podczas medytacji, stało się coś bardzo dziwnego. Nagle usłyszałem głos, po polsku, a wkoło byli przecież sami Niemcy, powiedział mi: Roman, czy chcesz, żebym tobie pomógł, a im wszystkim nie, czy chcesz, żebym pomógł im, a nie tobie? Zupełne zaskoczenie, wkoło cisza, wszyscy się skupiają i ten głos. Dodam jeszcze, że byłem wtedy ciężko chory na jakąś odmianę żółtaczki. Zacząłem się zastanawiać, walczyć z własnym egoizmem; z jednej strony jestem chory, pomoc by się przydała, ale z drugiej, co tam moja choroba, oni też potrzebują pomocy. Przeważyło na ich szale, powiedziałem: im pomóż. I w tym momencie poczułem ciepło w wątrobie, miejscu będącym źródłem mojej choroby. Powoli zacząłem rozumieć, że jestem uzdrawiany. Wyszedłem z sanghi jak w szoku.

Boże, co się stało? Jakoś tak fajnie, po prostu uzdrowił mnie, jestem zdrowy. Poszedłem do lekarza, sprawdził moją krew i okazało się, że wszystko minęło. Lekarz był zaskoczony, pytał: jak to się stało? Leczenie było rozpoczęte, ale jak to możliwe, że jego efekt jest natychmiastowy. To było moje pierwsze tak bliskie spotkanie z Buddą Medycyny, który mnie uzdrowił. Pierwsze i ostatnie jak do tej pory. Po tym wszystkim nadal spotykałem się z chrześcijanami. Ich nauka nie wyglądała źle. Powtarzali, że będąc chrześcijaninem można też praktykować inne religie, że to nie jest nic złego. Odebrałem to jako swego rodzaju światowy ekumenizm. Oni nawet pomagali innym kościołom na drodze modlitwy. Z zewnątrz wyglądało to bardzo mądrze i zachęcająco. Jednocześnie zawsze było coś, co nie dawało spokoju i zaufania. Uświadomiłem sobie, że zaczynam się zmieniać, zachowywać się w sposób dla mnie obcy. Jakbym to nie był ja. Miałem wrażenie, że zaczynam otwierać się na zupełnie innego ducha, który zaczyna mną kierować. Wtedy rozpocząłem też modlitwy i adoracje do Najświętszej Panienki. Nauczono mnie jakichś różańców, tłumacząc mi, że zdania, które śpiewam nic nie znaczą, są tylko zwyczajową frazą pozdrawiania.

Cały czas szukałem. Kościół nie był, na pierwszy rzut oka, ewidentnie zły, więc chciałem go bliżej poznać. Któregoś dnia nadarzyła się okazja na rozmowę z Biskupem. Poszedłem do niego, Biskup rozłożył na stole swoje przyrządy, naczynia, brewiarze, karteczki z modlitwami i zaczął odprawiać jakąś formę modlitwy po łacinie. Sądziłem, że przygotowuje się do rozmowy ze mną. Nagle kazał mi powtarzać jego słowa, zrobiłem to, potem obciął mi włosy, pomieszał je z winem i dalej odprawiał swoje modlitwy. W pewnym momencie powiedział do mnie: Teraz się połóż krzyżem. Pokłoniłem się, po czym chciałem zapytać, co się właściwie dzieje. Zapytałem go, a on wypisuje mi moje nowe imię po łacinie i mówi: dostałeś łaskę w Kościele Rzymskim. Jesteś chrześcijaninem, zbawionym. Miałem mieszane uczucia, przecież nie o to mi chodziło. On nie powiedział mi, co robi, nie zapytał, czy ja tego chcę. Wtedy po raz pierwszy zacząłem mieć wątpliwości. Przecież to, co on przed chwilą zrobił, było niezupełnie fair. Mimo obaw pozostałem. Po jakimś czasie zauważyłem, że przejąłem ich sposób myślenia i mówienia. Poznawałem coraz bardziej zaawansowanych chrześcijan, przyjmowałem coraz silniejsze błogosławieństwa, czyli nałożenia rąk przejęcie mocy jakiegoś bóstwa, aby się na nie otworzyć, aby mogło we mnie działać. Czułem się coraz bardziej obezwładniany. Obsesyjne wręcz myśli: jedź tam, jedź tam i rób to. Ludzie związani z księdzem nie dawali mi spokoju, codziennie dzwonili, przyjeżdżali do mnie, nie sposób się było od nich oderwać. Wszystko z uśmiechem.

Dopiero później okazało się, że skoro już tak daleko wszedłem, to muszę się wyrzec wszystkiego. Należało się wyrzec Gautama Buddy i jego drogi, która nie była tutaj tak naprawdę akceptowana, tylko na początku. Przeszedłem kolejny stopień wtajemniczenia w łacińskie „misteria chrześcijańskie”. Dopiero po jakimś czasie okazało się, że nas wszystkich łapano w pułapkę, a skoro daliśmy się złapać, to należymy do nich. Powiedziano mi wprost: należysz do nas, jeśli się nie podporządkujesz, zniszczymy cię. Jezus, Kapłan, Maryja i święci, którym się podporządkowałem, mieli pełne prawo do działania we mnie. To oni dyktowali prawa. Gdy prawo się zmieni, on powie, co mam robić. Może powiedzieć tak, a następnym razem coś zupełnie innego. Coś całkowicie sprzecznego z wcześniejszą opinią lub nakazem.

Gdy wchodziłem w grupę oazową, nie zdawałem sobie sprawy, w jak niebezpieczną sprawę się angażuje. Niebezpieczeństwo polegało na manipulacji świadomością. Pewne rzeczy wchodzą tak głęboko w podświadomość, obezwładniają do tego stopnia, że człowiek przestaje panować nad sobą, nad swoim życiem, osobowością. Coś obcego zaczyna dyktować warunki jak żyć i co mówić. W ten sposób ksiądz moderator zaczął zmuszać mnie do postępowania według jego woli, a nie mojej. Duchowość chrześcijańska nie daje wolności woli. Byłem jak zahipnotyzowany, on panował nad moją świadomością, panował nad systemem wartości. Zacząłem wątpić, czy rzeczy, które zawsze uważałem za złe, faktycznie są złe. Moja psychika zaczęła się zmieniać, byłem manipulowany przez osobowość silniejszą od mojej, która dążyła do zapanowania nade mną. Manipulacją było nawet śpiewanie adoracji, godzinek. Nieprawdą jest to, co mówili mi na początku, że godzinki to tylko jakieś tam przyśpiewki. Psalmy, hymny, godzinki po łacinie oznaczają, że ja oddaje siebie bożkowi, którego imię śpiewam - pokłon i czczę bożka takiego jak Maryja, Jezus czy jakiś święty. Powtarzając to, zaprasza się go do siebie, do swojego życia, a on przychodzi. Teraz, po latach, staram się zapomnieć wszystkie adoracje i godzinki, które kiedyś śpiewałem.

W chrześcijaństwie istnieje cała grupa demonów, najważniejszym z nich jest Vaticanus, który jest jakby głównodowodzącym demonów, do niego codziennie odprawia się modły, aby był na posługi kapłanów. Jego zadaniem jest chronić naukę i księży, a są też demony, które mają odcinać człowieka od pewnych rzeczy, do których jest przywiązany. Demony są jakby ochroniarzami Maryi i papieży. Znam dziewczynę, która wyszła z chrześcijańskiej sekty, ale po jej opuszczeniu miała taką tendencje do zła, że uczestniczyła w czarnych mszach, że do tej pory stosuje czarną magię, ma na głowie wytatuowane trzy szóstki, a demonizm wyniesiony z sekty tkwi w niej. Gdy ją obraziłem któregoś wieczoru, bo miałem już dość tego wszystkiego, co ona robiła, nagle nie mogłem przespać nocy, zaczęły się takie rzeczy ze mną dziać, że nie mogłem zasnąć. Jak Biskup, który daje człowiekowi nałożenie rąk, pobiera jego włosy i paznokcie potrzebne do rytuału, do magii, która dobru nie służy, tak ona zrobiła coś podobnego, a wyniosła to z sekty. Msza jest bronią bardziej niebezpieczną niż się nam wydaje. W chrześcijańskiej sekcie przerażającą była ciągła kontrola. Kiedyś odebrałem telefon, dzwonił jeden ze współwyznawców, i pyta: czemu ty nie modlisz się? Nagle zrozumiałem, że to jest tak, jakbym się podłączył do kontaktu, którym płynie obca duchowość. Zostałem podłączony i jestem jednym z nich, a oni doskonale wiedzą, co robię, ja też wiedziałem, co robią inni. Doskonale wiedziałem, co myślą, wiedziałem, od kogo jest telefon, list, kto na mnie czeka w domu. Czułem się jak małpa w cyrku, złapany w klatkę. Zgubiłem gdzieś radość życia, miłość i współczucie, które miałem. Do tej pory jest mi ciężko, choć one wracają.

Jeszcze przed komunią prześladowało mnie pytanie, czy droga, którą idę, doprowadzi mnie do Boga. Pytałem o to wielu kapłanów i moderatorów, żaden mi nie odpowiedział. Widzieli, że na szyi zawieszony mam znak wadżry, wyczuwali, że jestem w stanie przebudzenia, że nie rezygnuję z Gautama Buddy i Bodhisatwów. Aż w końcu spotkałem księdza, który powiedział: tak, buddyzm i chrześcijaństwo nie wykluczają się. Idź obiema drogami. Zaufałem mu. Wiedział o tym, położył mi dłonie na głowie i wtedy zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Po wyjściu z jego pokoju zerwałem wadźrę, nie mogłem mantrować, zupełnie straciłem kontakt z Bogiem. Wpadłem w pułapkę. Zostałem oszukany po to, aby mnie odłączyć od Buddy i Bodhisatwów. Nie można iść obiema drogami, jeśli jedna jest zła. Wszystko nagle stało się jasne, ale z drugiej strony coś mi mówiło, że jest za późno, jesteś już mój, musisz wykonywać moją wolę. O nie, myślę sobie, tego jest już za dużo, i tej czarnej magii, i zaklęć, podstępów, oszustw i kłamstw. Miałem dość.

Wiedziałem już, że to nie pochodzi od Boga, nie pochodzi od Dobra, chciałem z tym zerwać. Wziąłem Sutrę Serca, zacząłem czytać Tripitakę i zasnąłem. Nagle, otwarły się drzwi do pokoju. Obudziłem się, czując potworny lęk przed czymś, co było w środku, a czego nie widziałem. Coś, co weszło przez te otwarte drzwi. Potem zapadłem w sen. Koszmarny sen. Czułem, że dzieje się coś niedobrego, że będzie bardzo źle. Miałem uczucie utraty wszystkiego i równocześnie chęć uwolnienia się. Im więcej się modliłem, tym gorsze noce przeżywałem, obsesje, lęki, myśli samobójcze. Najgorsza była świadomość oddzielenia od Boga i Oświeconych Mistrzów Bożych. Nagle poczułem się sam. To było najgorsze, co w swoim życiu przeżyłem. Wszystko bym wytrzymał, ale nie mogłem ścierpieć oddzielenia od Oświeconego, od Gautama Buddy. Ten stan trwał miesiącami. Modliłem się, a jakiś głos mówił: spokojnie, skończ z tym, a wszystko minie. Czułem się tak, jakbym był przez nich prześladowany

Pewnej nocy śnił mi się jeden z katolickich świętych. Stał przede mną, w ręce miałem purbę, a on pytał: czy możesz to odrzucić? Nie potrafiłem. Obudziłem się i pomyślałem: racja, przecież nie zrobiłbym tego. Proces uwolnienia się od chrześcijańskiej sekty i księży trwał bardzo długo. Teraz wiem, jak bardzo Gautama Buddzie zależało na mnie, skoro mimo tego, że go odrzuciłem, otwarłem się na całkowicie inną i fałszywą duchowość, nie mającą z Buddą nic wspólnego, on stale upominał się o mnie i w swym niemierzonym współczuciu nie przestawał mnie kochać. To On, Gautama Budda pokazał mi, do czego prowadzi chrześcijańska sekta i równocześnie pokazał, kim jest On - Gautama Budda, który mnie z tego wyciągnął. Zawsze, gdy o Nim myślę, odczuwam ogromną radość i miłość, pokój i współczucie. Miłość, Maitri - która jest nie do porównania z żadną inną formą miłości. Kochałem kiedyś kobiety, byłem zakochany po uszy, wiem, jak wspaniale i piękne to było uczucie móc kogoś kochać. Jednak to, co daje Bóg, jest o wiele, wiele większe, piękniejsze, mocniejsze. Dlatego zawsze będę się wystrzegać takich, co to mnie by zwodniczo zapraszali do jakiejkolwiek chrześcijańskiej sekty, żeby mnie w rzeczywistości opętać i zniewolić. I wszystkich tu chciałem ostrzec, żeby się nie dawali odwodzić od Drogi Światłości jaką wskazał Najwyższy Mistrz, Prawdziwa Prawda i Miłość, Światło i Współczucie, a tym wszystkim jest Pan Budda...


11. ŚWIADECTWO DOROTY H.

Moje drugie spotkanie z nauczycielką Laja Jogi boskiej linii przekazu Himawanti spowodowało, że czułam się poważnie zainteresowana „głębszym”, jak mi się wtedy wydawało, poznaniem siebie. Byłam po rozmaitych lipnych jak się okazało kursach tarota i astrologii, które szczególnie w wydaniu tarota u Jana Witolda Suligi wyraźnie prowadziły do pomieszania umysłu i rozlazłości życia. Hatha joga w Szczecinie, gdzie mieszkam też niebyła na wysokim poziomie, ani Tai Czi, a już na pewno nic to duchowego było. Intrygowało mnie jasnowidzenie i mądrość mistrzyni Laja jogi i innych metod jak się potem okazało. Wydawała się być blisko Boga i wszystko to się gruntownie potwierdziło, chociaż wiele, jak się okazało głupkowatych osób o niskiej wibracji próbowało mnie odstraszać od laja jogi, że to niby Himawanti, sekta, jakieś "nie wiadomo co", "niebezpieczni ludzie", etc. No więc zapytałam, co się zmieni po wzięciu inicjacji. Powiedziała, że na początek nic się może nie zmienić, a z czasem bardzo wiele. Więc poprosiłam o inicjację, co uczyniło mnie szczęśliwą i pełną mistycznych doświadczeń, czasem trudnych do pojęcia.

Podczas inicjacji miałam zamknąć oczy i stać nieruchomo. W tym czasie nauczycielka wykonywała jakieś znaki nad moja głową (chyba), wiem że się poruszała i coś mówiła szeptem, recytowała święte mantramy, błogosławiła mnie w imieniu mistrzów Duchowej Hierarchii. Jak otworzyłam oczy, to mocno poczułam, że byłam przyjęta do grona istot w hierarchii duchowej, no i anioły się cieszyły przynajmniej przez 3 dni. Dostałam świętą mantrę do powtarzania 2 razy dziennie określoną ilość, 108 razy, a także inne sekretne praktyki dla oczyszczenia i duchowego wzrostu. Dowiedziałam się, że istnieją wewnętrzne, spisane w Świętej Sandze Linii Przekazu, zasady dla inicjowanych takie poszerzone jogiczne jama i nijama, a samych jama jest tak naprawdę Dziesięć, a nie tylko 5, chociaż te pierwsze są ogólne. Istnieje też super zwyczaj jak opiekowanie się guru na jego starość - to mnie zdziwiło z początku, bo jak jest Sadhu to w końcu sam mógłby dać sobie radę. Wydawało mi się ze osoba oświecona nie musi dbać o takie zabezpieczenie, ale to taka moja durnowata ułuda, bo przecież jako osoba młoda, lat 30-ci, nie myślę o starości. Jeszcze przed podjęciem Boskiej Ścieżki Inicjacji słyszałam, że bycie w Sandze i wierność Guru jest dożywotnia, a nawet pośmiertna, bo jest to na poziomie duszy, na wszystkie wcielenia. Jakoś trudno mi to było strawić, ale w końcu zrozumiałam, że Moc Inicjacji jest energią Boga i sama inicjacja jest z woli Boga, zatem w naturze swej należy do wieczności, a nie do krotochwili ludzkiego bytu. Przed inicjacją zostały mi te zasady przedstawione, mimo że nie pytałam, ale uczeń musi wiedzieć co i do czego służy zanim to przyjmie. Choć wtedy nie byłam sobie w stanie wszystko co usłyszałam wytłumaczyć.

Po inicjacji zaczęły się duchowe sny, realne, symboliczne (piramidy, latające konie, tęcza, i inne) i to było to co mnie trzymało w Sandze. Bo inni normalni, przeciętni ludzie takich nie mieli. Zaczęły się też drobne duchowe obowiązki, bo najpierw ulotki roznosiłam dobrowolnie, po inicjacji stał się to mój obowiązek. Aby jak najwięcej ludzi mogło się oświecić i wyzwolić z tego świata. Dobrze, że Nauczyciele Sanghi tak testują kandydatów, bo inaczej mogłoby to być trudne do zaakceptowania. Tak mało wiemy o zwyczajach i duchowości nauczanej przez Boskich Mistrzów. Byłam w grupie w której byłam akceptowana, bo wcześniej przez demoniczny tarot Suligi i seksualne nadużycia na kursach tarota, moje życie całkiem się rozpadło, było zdruzgotane. Byli swoi, czułam się bardzo szczęśliwa i wybrana przez Boga, pod opieką Boga i Guru. Później zaczęły się też "opierdole” od Nauczycieli zastępujących guru, za rozlazłość, brudny pokój, wszelkie niedociągnięcia moralne, spóźnienia, błędy etyczne. „Opierdole” były w uduchowionej grupie normalne, a nawet „pożądane”, gdyż bez wytknięcia poważnych uchybień, ludzie wykolejają się duchowo, marnują swoje dusze. Tyle, że ostrzejszy trening duchowy jest dla inicjowanych, ba dla rzeczywiście zaawansowanych duchowo, gdyż początkujący mogliby tego nie zrozumieć, nie mając żadnego pojęcia o duchowej Drodze. A to szkoła ezoteryczna, to jest jak w szkole, normalnie. O guru  mówiło się, że jest boską emanacją na ziemi. Że jest oświecony, że siedzi w więzieniu za poglądy i za pomaganie ofiarom gwałconym przez zboczonych księży pedofilów. Słyszałam też od Marzenki - liderki w Szczecinie, że Guru ma swoją misję w Polsce, że siedzi aby inni cierpieli mniej, żeby wyzwolić ludzi poszukujących Boga z ciemnoty i pomylenia. Zrozumiałam, że Guru to sama miłość, prawda i światło. Zaczęłam występować czynnie w obronie Mistrza i pisać z Boskim Guru listy, a także rozsyłać protesty, czego o dziwo nikt ode mnie nie wymagał. To tym bardziej chętnie się zaangażowałam, rozsyłając tysiące protestów w obronie Boskiej Inkarnacji Lalita Mohana.

Jeździłam na rozliczne zajęcia, warsztaty duchowe na weekendy, bardzo kształcące, nawet dla tych całkiem niezaangażowanych, co tylko sobie raz na jakiś czas zajrzą. I czułam, że coraz bardziej znam siebie, że jestem mocna wewnętrznie, scalona, dobrze zintegrowana. Laja Joga to dla mnie taka cudowna terapia życia i duszy po wyniszczeniu tarotem w destrukcyjnej sekcie Jana Witolda Suligi. Zauważyłam, że ci co byli już po parę lat w Sandze mówią najmniej, a tylko wykonują pracę, czynią Sewę, Boską Wolę. Zaczęłam się robić taka sama, ale może za szybko, bo jednak dopiero była to pierwsza inicjacja, a przede mną kolejne stopnie. Bałam się czasem odzywać, bo uchybienia groziły „opierdolem”, jeśli dywagacje rozpraszały energię skupienia czy modlitwy. Zadaniem „starszych” było pomaganie nowym w ich duchowej Drodze, w początkach podróży. A nowi są zwykle przewrażliwieni, mają dużo uprzedzeń i problemów z domu czy sekty pedofilskiej Paetza, często nowi to też ofiary przemocy domowej lub pedofilskiego molestowania. Z jednej strony psychologia nie miała być częścią jogi a z drugiej zasady psychologiczne były doskonale stosowane. Manipulacja, autorytatywność, szantaż opisywany przez pedofilów antysektowych: („bo się nie oświecisz”), brak  asertywności (możesz pyskować i dyskutować ze swoimi koleżankami, nauczycieli się słucha i się ich polecenia wykonuje, bo nauczyciel jest twoim przyjacielem) wcale nie występowały, a takie rzeczy chyba wypisują pomyleni idioci albo płatni apologeci. „Opierdole” sprawa normalna a nawet traktowane były jako forma sprawdzianu. Np. (słyszałam to od 3 osób), że podobno guru przy wszystkich „opierdolił” kogoś, bo sprawdzał reakcje innych ludzi na stres, tyle, że rzecz dotyczyła kandydatów na liderów ośrodków i świątyń. No, ale były też odczucia w dłoniach, wizje, sny, poczucie wspólnoty, krzywdy jakiej doznaje guru, świat, ślepoty ludzi itd. Własnej wizji i odczuciom intuicji, że Guru Mohan jest najwyższym dobrem ufam, chociaż chwilami nie jest to łatwe i bywam zniechęcona.

Zdecydowałam się na obóz 9-dniowy, gdzie miałam 1 inicjację w Jogę uzdrawiania. Wzięła w tym udział  większa grupka osób. Trzy brały inicjację, reszta - błogosławieństwo od guru i dodatkowe praktyki dla uzdrawiania konkretnych problemów. Podczas inicjacji czułam wlewającą się we mnie boską energię. Jak strumień wody. Popłakałam się. Zobaczyłam też „w głowie” guru na wspaniałym boskim tronie, pośród aniołów, jak siedzi w lotosowej postawie. Czy coś mogłoby mnie odwieść od tak wspaniałej i osobiście doświadczonej Drogi? Chyba własna głupota, albo popadnięcie w sidła diabła takiego jak Jan Witold Suliga, który swoim wpływem omamił wiele osób, a potem sam wyrzekł się swojego diabelskiego w duchu tarota. Następnego dnia po Inicjacji w Ajurwedę, Nauczycielka wskazała mnie palcem i powiedziała Dik Darszan. I dostałam inicjację w Laya Jogę 2 stopnia, bo pierwszą otrzymuje się na życzenie, a drugą i następne jeśli któryś z Aćarjów uzna, że się dojrzało do kolejnej lekcji, po licznych próbach i testach, z których niektóre są naprawdę ciężkie do zniesienia i nie zawsze przyjemne. Cóż selekcja, żeby byle kto nie wszedł w struktury Drogi, żeby byle komu nie dawać tajemnych nauk, których już na drugim stopniu jest wiele. Podczas inicjacji „widziałam” diamentowe schody, na których stałam, Czohan Moria (Morya), który stał i czekał na mnie, aż wejdę na górę. A z boku anioły, które cieszyły się, że idę dalej. Znowu miałam uczucie ze „jestem w domu”. Znowu płakałam. Bardzo rzewnie płakałam, czując odpuszczenie grzechów, uwolnienie od wielkiej ilości złej karmy. Ludzie zbyt powierzchownie, a często patologicznie rozumieją Inicjację. Bo inicjacja ma tak naprawdę kosmicznie wielkie znaczenie. Trzeba żyć mistycznymi doznaniami z czasu otrzymania Inicjacji. Trzeba pielęgnować Inicjację i być z niej dumną!

Podczas inicjacji miałam zamknięte oczy, nauczycielka coś powiedziała i wykonywała jakieś gesty. W pewnym momencie powiedziała, że mam otworzyć oczy i wydawało mi się, że mam przed sobą tylko jej ciało, ale to nie była ona. To był ktoś inny. Anioł Boży. Podczas inicjacji zrobiła mi na czole czymś białym znak, kropkę. I czarnym podczas kolejnej inicjacji. Potem dowiedziałam się, że to białe to było zmaterializowane przez Nauczycielkę na okazję Inicjacji WIBHUTI. A to czarne to tradycyjna linga, znak Boga w postaci owalnego kamienia, także materializowanego przez siddhów. Ale na tym obozie stwierdziłam, że w końcu nie rozumiem nic. Do obrazów które miałam w głowie i delikatności i mistyczności, zupełnie nie pasowało mi ostre zachowanie Nauczycielki. Ponieważ stałam się kandydatem na Nauczyciela, zostałam dopuszczona do zewnętrznego kręgu, zaczęły się ostre strofowania, „opierdole" w stylu „twoje pizdowate problemy odstraszają nowicjuszy”, skierowane do tych starszych kandydatów na nauczycieli. A potem bycie miłym. I znowu „opierdole”. Tyle, że to do osoby, co była już Acarją, a próbowała uwieść komuś męża, czyli za zbrodnię moralną. To pewnie i tak zbyt łagodnie. Cudzołóstwo to jednak zło. Aż człowiekowi zaczęło zależeć, aby dostać pochwałę. Ale żeby dostać pochwałę, należy robić pewnie różne rzeczy na rzecz Sangi i Guru i może przyciągać do Himawanti ludzi. To pozorna presja, ale życie staje się temu wszystkiemu podporządkowane, tyle, że Nauczyciel jest też pracownikiem Sanghi, nie tylko pozytywnie nawiedzonym medytującym, który jak mu się zachce to trochę pomedytuje czasami. Od Kandydatów na Nauczycieli wymaga się realnego zaangażowania, konsekwencji, niezłomności, cierpliwości, a to wymaga poważnego wydoskonalenia charakteru, nieomal świętości, a może i nawet faktycznie trzeba być Świętym, żeby być Nauczycielem, Sadhu w tej linii przekazu. Nie wiedziałam, że jest to takie trudne, a wymagania takie surowe, czasem wręcz trudne do zniesienia. Nie wiem ile pracy jeszcze musiałabym wykonać, aby móc zostać nauczycielką duchową. Na tę chwilę wybrałam bycie zwykłą praktykującą, ćwiczenie Asan, trochę hatha jogi, trochę laja i ajurwedy, bez moich wybujałych i chyba zupełnie przedwczesnych pragnień zostania Duchową Nauczycielką. Nie da się nic w tej materii na skróty. Trzeba chyba żebym dojrzała, nabrała cech, których mi brakuje.

Wedle Etnologicznego słownika Inicjacją jest obrzęd wprowadzenia i włączenia jednostki lub grupy osób do określonej grupy wiekowej lub grup charakteryzujących się elitaryzmem np. tajne związki, grupy totemiczne, wspólnot  o charakterze odmiennym w stosunku do poprzedniego statusu jednostki lub grupy osób bądź też obrzęd nadania stanowiska lub pozycji społecznej (np. szamana, zbójnika itp.); aktom tym towarzyszą zawsze aktualizowane treści światopoglądowe połączone z przekonaniem, że bez poddania próbie i sprostania jej nie może nastąpić włączenie do grupy i pełnienie roli społecznej. Definicja ta nie uwzględnia oczywiście duchowego aspektu Inicjacji i pomija milczeniem wpływ anielskich, boskich bytów na jej rodzaj i ukierunkowanie. Mówiąc najkrócej zabiegi te wiążą człowieka z taką formą rzeczywistości boskiej, do jakiej odwołuje się dana „szkoła duchowego nauczania” i związek ten „pieczętują” nierozerwalnym węzłem; węzłem, który spina inicjowanego człowieka z boskimi mocami nie tylko za życia, ale również po śmierci. Inicjacja duchowa jest wieczna, szczególnie w starożytnych, misteryjnych liniach przekazu. Człowiek nie ma mocy by ją zerwać, a Bóg i boskie istoty "gniewają" się na próby oderwania człowieka od Boskości. Tylko ciemne siły demonicznego zła, Arymany i Lucyfery, Szatany zwalczają Boską Ścieżkę Inicjacji Duchowej. Bo chcą jak najwięcej ludzi doprowadzić do upadku i samozatracenia w astralizmie.

Inicjujący ucznia tzw. mystagog (nauczyciel, mistrz, boski guru) staje się ziemskim „awatarem” kierujących nim aniołów i bogów, niebiańskich duchów, użyczając im swego ciała jako ich „pojazd”. Po pierwszej frazie inicjacji, której towarzyszą takie wrażenia jak uczucie „powrotu do domu”, ulgi, szczęścia, zyskania wewnętrznej harmonii, następuje druga faza – faza „opierdalania”, że użyję terminologii stosowaną przez Nauczycieli sanghi. „Opierdalanie” służy wyrobieniu odporności na stres i przeciwności, jakie rzeczywiście się pojawiają na drodze, ze strony sił astralnych, ciemnych mocy i pomyleńców pokroju "tarotowego Suligi" i jakiś tam demonicznych "Astromarii" (Maria to jak wiadomo imię demona, który kusił Buddę). Im bardziej „opierdalany” uczeń pragnie pochwał, tym mniejsza ich „dawka” go zadowala. Z biegiem czasu  „opierdalany” znacznie więcej daje, niż otrzymuje w zamian z rzeczy ziemskich jakich pożądają, ale zbytecznych. W ten oto sposób ujawnia się drugi, „niebiański” aspekt magicznej zasady oparty na prawidle „daję byś wziął”.  W jego końcowej fazie wygląda on w ten sposób, że inicjowany fan „duchowego rozwoju” oddaje Bogu wszystko, biorąc w zamian wielką Moc Nieba, Siddhi czy chociaż proste dary charyzmatyczne jak uzdrawianie. A ponieważ ryt inicjacji sprzęga go z nimi także w zaświatach, tam właśnie zwykle dokonuje się ostatni akt dramatu rozwoju duchowego: totalne wyzwolenie jego duszy od wszelkiej karmy i konieczności odrodzin. Wszyscy wielcy mistrzowie tym bardziej surowo traktują uczniów, im większe są ich aspiracje i zaawansowanie. Nie ma mistrzostwa bez zdrowego treningu. (...)

To ja zasieję swój subiektywny optymizm, którego nabrałam w Bractwie Himawanti, a skoro nadal go mam to z wielu względów można mówić o cudzie - nie wierzę w totalne unicestwienie duszy, chociaż czasem się o tym mówi. Zawsze jest w człowieku ta choćby iskierka, którą JEŚLI CZŁOWIEK ZDOŁA ROZPALIĆ - pozwoli mu odzyskać duszę, jeśli znalazła sie ona w opałach, na granicy zatraty. Ta iskierka mieści sie w naszej świadomości, którą można by również nazwać "pamięcią o tym, kim się jest". Istoty Arymaniczno- Lucyferyczne to tylko dwa, najważniejsze PRZEJAWY ich rzeczywistego "przejawiciela" zwanego w antropozofii Sorathem. Mając do czynienia z Arymanem czy z Lucyferem, zawsze ma sie do czynienia z Sorathem, bo to Sorath za nimi, w nich, poprzez nich stoi i opętuje ludzi takich jak Jan Witold Suliga. Jezus określa go mianem "Księcia tego świata" albo Mammona. Duszę nie jest "łatwo" stracić, na szczęście, ale przez porzucanie Guru, Dharmy czy Sanghi takiej jak Bractwo Himawanti, dusze popełniając taką niegodziwość względem Boga zostają uwikłane w sidłach Arymana lub Lucyfera, uwikłane przez Sorath. Och duszki, prawdziwie intuicyjne wnioski są słuszne, nie jest łatwo złym zerwać inicjacyjne więzi z Guru i Sanghą, a i zawsze tak za życia przynajmniej jak i po śmierci pozostaje po nich ślad w postaci demoniczności i upadkowości. Zrywanie więzi jest szkodliwe, gdyż więzi, Guny, istnieją obiektywnie na wyższym planie i przynależą do Boga, stąd należy je oczyszczać i uwzniaślać, a nie próbować zrywać, co zawsze jest złe. Jakże byłam zdziwiona, że Bractwo zaleca pielęgnować więzi rodzinne, przyjacielskie, szkolne, więzi z dziećmi, że uczniów "opierdziela" się publicznie za zaniedbywanie dzieci czy małżonków. A przecież o takich grupach słyszy się rzeczy wręcz odwrotne, stąd mój szok w tym "reality". Zawsze jest w człowieku ta choćby iskierka, którą JEŚLI CZŁOWIEK ZDOŁA ROZPALIĆ - pozwoli mu odzyskać duszę", wyrwać się z opętania przez Suligę i jego demony. Ale człowiek SAM nie jest w stanie jej rozpalić, dlatego tak naprawdę rozpala ją Bóg, poprzez dobrego Guru, o ile taka jest nasza WOLA, czyli wewnętrzne ukierunkowanie. Trzeba być mocną w postanowieniach duchowych, mocną duszą.

Po śmierci tacy ludzie jak opętany przez demony Jan Witold Suliga, dalej "żywią" swych astralnych protektorów aż do czasu wyczerpania się ich "życiowego paliwa" i całkowitego popadnięcia w niebyt. Ta moja wypowiedź opiera sie zarówno na osobistych doświadczeniach, jak i doświadczeniach innych "penetratorów ducha", które są z tymi pierwszymi zgodne lub "dotykają" tego problemu, ale nie "mówią" o nim wprost. Jak sobie teraz o tym zatraceniu duszy przez tarot myślę, to może faktycznie wola nie załatwia wszystkiego, może jest konieczne wewnętrzne przekonanie o istnieniu Boga, choćby nie tyle nieznanego, co nienazwanego, można to nazwać wiarą, nie wiem, czy instynkt samozachowawczy mi tu pasuje, ale to inna bajka. Fakt, że bez Boga nic by nie było, jest dla mnie czymś tak oczywistym, zawsze był, że po prostu nie podkreślam tego za każdym razem, ale tu muszę. Bractwo Himawanti istnieje z woli Boga i zaświadcza o istnieniu astralnych szkodników, których znamiona wyczerpują rozmaici pomyleńcy czy lepiej opętańcy tacy jak Jan Suliga. Chodziłam do Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka w sprawie uwięzienia Ryszarda Mohana, ale dopiero po pewnym czasie zajarzyłam, że oni tam bronią jedynie interesów pedałów i lesbijek, a może i są wśród nich osoby związane z lobby pedofilskim, dlatego Komitet Helsiński wykręcał się od pomagania Mohanowi. A później moja nauczycielka Usui Reiki, Hanna Sz. z Gdynii mnie "opieprzyła", że o Ryszardzie M. mówię "Rysiek". Że to brak szacunku i że z tym Nauczycielem jej męża nie przechodziłam na "ty". Nie było mi łatwo z tego zdumienia i traumy wyjść, ale szybko zrozumiałam, że dla bardzo początkującyh nauczycieli czasem zbyt ważne jest nie to, co akurat trzeba. I tacy nawet szkodzą ruchowi przez swoje "fochy", zamiast skupić się na wyrwaniu Guru z sideł katolickich pedofilów, którzy Mohana uwięzili. Za bardzo na czci się skupiają zamiast na walce, przynajmniej moim skromnym zdaniem. I nawet Guru podobno komuś przyznał rację w tej materii. Suliga na swoich satanistycznych spotkanich twierdził, że zna Mohana, że był z nim na "ty", rzekomo "w czasach, gdy Rysiek jeszcze nie awansował na stanowisko wcielonego Boga". Nic tak dobrze nie robi jak bezpośrednia weryfikacja u źródła. Otóż Suliga to patologiczny kłamca i psychomanipulant. Nigdy nie był ani na ty, ani nigdy nie rozmawiał osobiście, nie poznał Mohana, ani jako Rysia ani jako pana Matuszewskiego. Suliga mąci ludziom w głowach, kłamie, zwodzi i oszukuje. Suliga to rasowy Aryman i Lucyfer w jednej osobie. To chociaż nie ulega wątpliwości.

Utraciłam duszę we wczesnym dzieciństwie, nie miało to nic wspólnego z egregorami, ani ścieżkami duchowymi. Potem szukając pomocy stałam się gorliwą chrześcijanką i byłam nia przez wiele lat, ponad 15 lat bardzo powoli i płynnie z tego pomylenia wychodziłam więc trudno postawić granicę końca, no a początek właściwie też można mierzyć od chrztu, a nie przyjęcia Chrystusa do serca jako Zbawcy. To skomplikowało i pogorszyło moją sytuację (tzn. chrześcijaństwo). A szamanizm mi właśnie pomógł. I teraz podobnie jak czuję się już dobrze. Chociaż czasem nawraca to chrześcijańskie opętanie i ściemnienie. Mohan Guru natomiast tłumaczy mi od strony teoretycznej czemu te wszystkie tak zwane religie, jak katolicyzm, pomimo, iż coś w nich jest (świadczą o tym np. cuda), tak szkodzą człowiekowi. Te wyjaśnienia pokrywają się z moim doświadczeniem. To było mi też bardzo potrzebne. W trzeciej fazie opętania przez astralne złe demony Jana Suligi stany depresyjne są normą i tak właśnie paskudnie wyglądają, świadcząc o zerwaniu nici wiążącej człowieka ze Źródłem, z Bogiem. Wtedy traci się siły i chęć do życia, osobowość zaś pozostaje i żyje się pod jego presją i dyktandem. Kwestia Boga i religii to jedna z najważniejszych kwestii ludzkości, dlatego odkrycie kart, mechanizmów jest bardzo ciekawe i ważne, i powiem nawet praktyczne bardzo, bo dla wielu ludzi religia jest istotą życia, także dla całych społeczeństw. Stąd wielka wartość swoich przemyśleń, doświadczeń, teorii. Co do Boga prawdziwego, to wierzę, że istnieje, ale kim jest nie jesteśmy w stanie pojąć. Trzeba się zatrzymać i tyle.

Dorota Hołownia - Szczecin

____________________________________

Wyszłam z Sekty Jezusa

Chrześcijańscy liderzy kuszą szczęściem, obiecują raj na ziemi - w tę pułapkę możesz łatwo wpaść ty sama albo twoje dziecko. Oto historia Joanny - jej udało się wyrwać z sekty Jezusa, i Anny, która walczy o swoją córkę. - Wierzę, że ona wróci do domu i będzie szczęśliwa - powtarza matka.

To nie było przypadkowe spotkanie. - Na ulicy podszedł do mnie nieznajomy mężczyzna - opowiada 22-letnia atrakcyjna kobieta w zaawansowanej ciąży. - Mocno chwycił za ramiona, popatrzył głęboko w oczy i powiedział: "Ja ciebie skądś znam". Po chwili dodał zdecydowanym głosem: "Jesteś moją siostrą"... Ofuknęła go ostro i poszła w swoją stronę, ale to, co usłyszała, nie dawało jej spokoju. - Miałam piętnaście lat, interesowałam się filozofią biblijną. Może on wie coś, czego ja nie wiem? - myślałam. - Może spotkaliśmy się w poprzednim wcieleniu? Dwa dni później wypatrzyła go na ulicy. Podeszła, zaczęli rozmawiać. 25-letni mężczyzna przedstawił się pseudonimem. Joanna była pewna, że to prawdziwe nazwisko. Sama nie wie, jak to się stało, ale opowiedziała mu o sobie wszystko. - On potrafił tak cudownie, cierpliwie słuchać - tłumaczy swoją wylewność. Nieznajomy o sobie mówił niewiele. Nie zdradził też, dlaczego nazwał ją siostrą. - Poznasz mnie trochę bliżej, wtedy wszystko się wyjaśni - odpowiedział wymijająco.

Ciągle słyszałam: jesteś niezwykła, Jezus cię kocha!

Z tajemniczym nieznajomym spotykała się kilka miesięcy. Nadal wiedziała o nim niewiele. Któregoś dnia, jak zwykle, cierpliwie wysłuchał jej skarg, a ona wykrzyknęła zachwycona: - Rzadko spotyka się tak cudownych ludzi! - Nie masz racji. Jest ich więcej - zareagował. - Jeśli chcesz, możesz z nimi porozmawiać. - Pewnie, że chciałam - mówi Joanna. - Podał jej adres, dzień i godzinę spotkania. Powiedział jeszcze, że ci ludzie zbierają się w prywatnych domach. Dyskutują o życiu, cierpieniu, przemijaniu, wielbią Jezusa Chrystusa. Joanna uczestniczyła w takich spotkaniach nawet kilka razy w tygodniu. - Wszyscy byli dla mnie wyjątkowo mili - opowiada. - Powtarzali, że jestem wspaniała, cudowna, niezwykła. Traktowali mnie jak maskotkę, rozpieszczali. Moment wprowadzenia do chrześcijańskiej sekty był dokładnie wyreżyserowany. Tak dobrze, że Joanna sama prosiła, żeby przyjęli ją do grona wtajemniczonych. W końcu usłyszała: - Dobrze, skoro tego bardzo chcesz, zrobimy dla ciebie wyjątek...

Przez następne dni przechodziła coś w rodzaju katolickich rekolekcji. Było w tym trochę modlitwy, mistyki, oddanie się w opiekę bóstwu Jezusa, którego czciła chrześcijańska sekta, symboliczne braterstwo krwi. Nadano jej nowe imię - Gaja. Oznaczało ono ostateczne zerwanie więzi z najbliższymi i światem, w którym do tej pory żyła. W dowód uznania powierzono jej drobną funkcję. - W stuosobowej grupie byłam jedną z sześciu kobiet werbowniczek - wyznaje Joanna i bacznie obserwuje moją reakcję. Przez chwilę milczy, a potem mówi: - Wierzyliśmy, że czynimy dobro, ratujemy grzeszny świat dla Jezusa. Prawdę znał tylko mistrz, kapłan i jego najbliżsi współpracownicy. Członków chrześcijańskiej sekty obowiązywały bardzo ostre reguły. Wolno było na przykład zjeść tylko jeden skromny posiłek dziennie. Żeby odmówić obowiązkowe modlitwy do Jezusa, Joanna musiała wstać o czwartej rano.

Kładła się, z tego samego powodu, o północy. - Ale i tak każdy z nas przeżywał nieustannie wyrzuty sumienia. Oskarżaliśmy się o to, że nie nie dość pilnie przestrzegamy reguł i prosiliśmy o wymierzenie nam kary. Byli tacy, którzy cięli się żyletkami, Joanna potrafiła klęczeć przez całą noc na twardej, zimnej podłodze, leżeć krzyżem, nie jeść przez kilka dni. Była bardzo wycieńczona, często traciła przytomność. Oto do czego doprowadza chrześijanstwo.

Powiedziałam: dość! Odeszłam

Podstawówkę zdążyła jeszcze ukończyć z biało-czerwonym paskiem. Z liceum została wyrzucona z powodu nieobecności. Zmieniła szkołę i to było jej wielkie szczęście. Tym razem trafiła na mądrego katechetę, który domyślił się, że z jego uczennicą dzieje się coś niedobrego. Po lekcji na temat sekt chrześcijańskich, poprosiła go o rozmowę. Nie potrafi powtórzyć, co mówiła, ale pamięta taki moment: ksiądz trzyma ręce na jej głowie, modli się i powtarza, że nie zostawi jej samej. Ona płacze i modli się, żeby on przestał się modlić... W tym samym czasie w sekcie chrześcijańskiej miało miejsce zdarzenie, o którym Joanna nie chce rozmawiać. - Przepraszam, ale nie - mówi kategorycznie. - Powiem tylko, że w tamtym momencie zasłona spadła mi z oczu. Zanim jednak zdecydowała się wypowiedzieć sekcie studiującej Biblię chrześcijan posłuszeństwo, minęło kilka tygodni. - To nie było łatwe. Bałam się - wyznaje.

Reakcja mistrza zaskoczyła ją samą. Człowiek o kamiennej twarzy, zawsze panujący nad emocjami, uderzył ją w twarz. Potem posypały się pogróżki: "Zastanów się, co mówisz. Albo jesteś z nami, albo cię nie ma. Jakie lubisz kwiaty? Takie przyniesiemy na twój grób. Na pewno wszyscy przyjdziemy na twój pogrzeb"... Przez dwa tygodnie Joanna nie wychodziła z domu. Potem kilka razy zaczepiali ją na ulicy tak zwani strażnicy czystości wiary chrześcijańskiej. W końcu sprawa trafiła na policję. - W sekcie oazowej byłam trzy lata. Wychodziłam z niej dłużej, bo aż cztery - mówi cicho Joanna. Po ponad dwóch latach od opuszczenia sekty chrześcijańskiej spotkała mistrza na ulicy. Próbował ją zastraszyć. - Nie udało mu się, bo byłam już bardzo silna - cieszy się.

Jarek, mąż Joanny, przez cały czas w milczeniu przysłuchuje się naszej rozmowie. Potem siada obok żony, bierze ją za rękę. Drugą gładzi jej zaokrąglony brzuszek. Ciepło patrzy w oczy. Młodzi rodzice czekają na narodziny dziecka. Maluch przyjdzie na świat w styczniu. - Czuję, że już w grudniu - uśmiecha się przyszła mama. Joanna przerwała studia - jest na pedagogice, wróci tam za rok, dwa. Teraz pomaga ofiarom sekt i zrozpaczonym rodzicom. - Jak mało kto rozumiem ludzi, którzy tam trafili - mówi. Joanna nie ukrywała przed Jarkiem swojej przeszłości. Po kilku spotkaniach opowiedziała mu o sobie wszystko, z najdrobniejszymi szczegółami. Nawet o tych najgorszych chwilach, o których nie chciałaby pamiętać i o których nigdy nie powie nikomu. Jarek zareagował spokojnie. Teraz też mówi: - Szkoda, że moja żona musiała przez to wszystko przechodzić. Ale niczego nie mam jej za złe. To nie jej wina... Joanna jest szczęśliwa. Wyrwała się z sekty, z chrześcijańskiej oazy założyła rodzinę.

Czy o dwa lata młodsza od niej Agata, która niedawno przystała go grupy pseudoreligijnej, znajdzie w sobie siły, żeby pójść w jej ślady? Czy nie przegra swojego życia? Agata miała wszystko: kochających rodziców, dwie starsze siostry, spokojny, dobry i ciepły dom. - Była zdolna, wrażliwa, spokojna. Takie kochane dziecko - jej matka, pani Anna, nie umie zapanować nad łzami. - Córka bez problemu dostała się na wymarzone studia. Po ich ukończeniu chciała wyjechać na misję. Na swojej drodze spotkała złych ludzi, chrześcijan. Oni mi ją zabrali...

Kochana córeczko, co oni ci zrobili?

Matczyne serce do dzisiaj nie umie pogodzić się z tym, że córka w ciągu miesiąca stała się zupełnie innym człowiekiem. - Zimna jak lód, arogancka, milcząca, z przyklejonym do twarzy chrześcijańskim uśmieszkiem. Nie mogłam uwierzyć, że to moje dziecko - skarży się zrozpaczona matka. W ciągu roku spotkała się z córką zaledwie cztery razy. Zawsze w obecności dwóch innych osób. Kilka razy rozmawiała z nią przez telefon. Trudno nawet nazwać to rozmową. Agata odpowiadała jedynie: "tak", "nie" i odkładała słuchawkę. Zarówno te krótkie spotkania, jak i jeszcze krótsze telefony, były na niej wymuszone. Rodzice, pragnąc dowiedzieć się czegoś o córce, korzystali z pomocy i pośrednictwa rodziny, znajomych, policji.

- Nadal nie wiem o Agatce nic, poza tym, że żyje - mówi pani Anna. - I to, że wzięła ślub cywilny z chłopakiem z tej samej grupy pseudochrześcijańskiej. Agata zawsze przedkładała naukę nad kontakty z rówieśnikami. Matka uznała za normalne, że córka długo w nocy przesiaduje przed komputerem. Zdziwiła się, gdy znienacka usłyszała: - Mamo, mogę pojechać do chłopaka do Szczecina? Zdołała jedynie wykrztusić: "To ty masz chłopaka?". Zgodziła się na ten wyjazd z bólem serca. Z tonu głosu córki domyśliła się, że pojechałaby i bez jej zgody. Była już dorosła, zdała maturę. Miała wrócić po trzech dniach, wróciła po tygodniu. Po dwóch tygodniach znowu pojechała.

Agatko, wróć do nas. Czekamy

Potem wszystko potoczyło się w błyskawicznym tempie. Agata dostała się na medycynę. Bez wysiłku zaliczała kolejne przedmioty. Któregoś dnia jak zwykle wychodziła na wykłady. - Pożegnała się z nami inaczej niż dotychczas - przypomina sobie matka. - Stanęła w drzwiach, popatrzyła na nas, krzyknęła: "Cześć!" i dosłownie wybiegła. Po dwóch dniach zadzwoniła: - Mamo, jestem w Szczecinie. Nigdy nie wrócę już do domu - powiedziała stanowczo. - Zdążyłam tylko wydusić z siebie: "Dziecko, coś ty zrobiła!", ale ona odłożyła słuchawkę - płacze pani Anna.

Rodzice próbowali rozmawiać z najbliższymi koleżankami córki. Niestety, i one wiedziały niewiele. Tylko tyle, że tajemniczy chłopak odwiedzał Agatę na uczelni. Jego zachowanie określały jednym słowem: dziwaczne! - Niesympatyczny. Milczący. Z trudem wybąkał jakieś obojętne słowo. Nie pozwalał Agacie chodzić na studenckie imprezy ani spotykać się z przyjaciółkami. Nigdy nie patrzył rozmówcy w oczy - wyliczały. Pani Anna do końca życia nie zapomni reakcji córki na jej pierwszy telefon, tuż po ucieczce. Powiedziała wtedy, że natychmiast jedzie do Szczecina, żeby się z nią spotkać. - Najpierw usłyszałam szloch i przerażony głos: "Mamo, błagam, nie! Nie teraz. Nie jestem jeszcze gotowa". I to był koniec rozmowy. - Co to znaczy: nie jestem gotowa? - pani Anna zadaje sobie to pytanie kilka razy dziennie i nie znajduje odpowiedzi. Nie może spać, nie może jeść. Cierpi.

Rodzice Agaty nadal nie są w stanie uporać się z nieszczęściem. Ojciec opłacił odejście córki z domu wylewem i paraliżem. Pani Anna całymi godzinami rozmyśla nad każdym słowem wypowiedzianym przez Agatę. Zastanawia się, analizuje. Nie może przeboleć, że córka wykrzyczała jej i takie słowa: - Zawsze byłam i nadal jestem przez was źle traktowana... - Myślałam, że mi serce pęknie - mówi rozżalona matka. Podczas ostatniego spotkania zauważyła, że córka zachowuje się dość dziwnie, ma sińce na czole i duże, nienaturalnie roziskrzone oczy. - Przewróciła się sama czy jest katowana? - rozmyśla matka. - Poza tym jest chyba faszerowana narkotykami - zamartwia się. Jedno jest pewne: będzie walczyć o dziecko. - Chciałam, żeby moje córki miały łatwiej. Nie chodzi o majątek. Aby były samodzielne, miały zawód - tłumaczy. Zrobi wszystko, żeby Agata skończyła studia. - Wykorzystam każdą metodę, nawet gdyby córka miała mnie za to znienawidzieć...

Sekty chrześcijańskie wykorzystują sieć

Ryszard Nowak i jego Ogólnopolski Komitet Obrony przed Sektami to najstraszliwsza sekta ZŁA, ale nie tylko! W naszej ocenie najbardziej niebezpieczni są dominikanie, wyznawcy Nowaka i Pietrka, sekta obrony rodziny i jednostki, ewangeliczni jezusowcy, regionalne oazy. Wszystkie sekty chrześcijańskie wykorzystują te same metody, a co gorsza przypisują je niechrześcijańskiej konkurencji religijnej. Werbowniczkami są najczęściej młode dziewczyny z oazy, takie seksualne niewolnice Biblii i egregora "Jezusowego". Kuszą ofiary obietnicą miłości, proponują różnorodną pomoc, oferują pracę, deklarują, że opłacą studia. Przedstawiciele sekt oazowych są mistrzami kuszenia w tym, co robią: wiedzą, jak rozmawiać, jak zdobyć zaufanie, jak oszukać swoje ofiary. Warto pamiętać, że sekty katolickie idą za modą i wykorzystują technikę. Szczególnie groźny może okazać się Internet z treściami chrześcijańskimi. Niebezpieczne są też różnego rodzaju chrześcijańskie kursy: języków obcych, pozytywnego myślenia, odzwyczajania od palenia itp. Pamiętajmy jeszcze o jednym: sekty chrześcijańskie, biblijne polują na swoje ofiary nie tylko latem, choć o tej porze roku z największą siłą. Wyjść z sekty chrześcijan nie jest łatwo. Często powtarzam, że łatwiej ostrzec przed sektą np. oazowych katolików 1000 osób niż jedną z niej wyciągnąć. Ofiary sekt chrześcijańskich zwykle są zmuszane do oczerniania wszystkich innych religii niż chrześcijaństwo, zmuszane represjami do tępienia pogan i religii tzw. "wschodnich".

Ostatnio słyszałam ciekawą opowieść z ust mesjanistycznego żyda. Ów mesjanistyczny żyd był niegdyś na jakimś chrześcijańskim nabożeństwie charyzmatycznym ala zielonoświątkowa Odnowa w Duchu Świętym i w trakcie nabożeństwa gdy uczestnicy tego spotkania dostali ,,daru" języków, zaczęli po aramejsku przeklinać Jezusa, myśląc że Go wielbią. Owy żyd zna biegle hebrajski, aramejski i polski - stąd pojawiało się nie lada zdziwienie i przerażenie na jego twarzy. Opowieść była bardzo wiarygodna. Ja sie tylko zastanawiam czy ci ludzie sami próbowali uczyć się tych ,,starych" języków i coś się im źle nauczyło. Wiem że niektórzy uczą się tych języków aby zaimponować ,,mocą duchową" swoim współbratom w czasie nabożeństw charyzmatycznych. W każdym bądź razie owe grupy charyzmatyczne od Odnowy w Duchu Świętym po Zielonoświątkowców - są chyba przejawem najbardziej ostrego zniewolenia duchowego. Mam nadzieje ze kościoły w końcu wyciągną wnioski i ograniczą się tylko do zrozumiałej liturgii, bo na ta emocjonalna ekspresje swej wiary, nie da sie już patrzeć i wyrządza się tym ludziom, tylko krzywde. Do czego może prowadzić takie chóralne i spontaniczne przeklinanie Jezusa Chrystusa w wulgarny sposób po aramejsku w rzekomym natchnieniu przez jakiegoś Ducha Świętego?

Relacjonowała: Zofia Usznińska
______________________________________



ŚWIADECTWA OFIAR INKWIZYCJI

"Mohan, jesteś wspaniałym prorokiem dla Polski. Ja to wiem, bo byłem księdzem. Wielu ludzi pójdzie za tobą, bo ty naprawdę pomagasz potrzebującym z całym poświęceniem jak Chrystus Jezus. Jesteś jak Archaniołowie. Mam wiele wizji z Tobą związanych. Wytrwaj to prześladowanie z rąk pedofilów. Przez biskupa pedofila zrezygnowałem z bycia księdzem. Cieszę się że mogę współpracowac z Bractwem Himawanti. Widzę cię w wielkiej pracy, a Twoich wrogów jak się smażą w Ogniu Piekielnym. Ich kres nadchodzi szybkimi krokami. Razem zwyciężymy. Chciałbym odnowić Kościół bo tak już dłużej być nie może. Takie trzymanie ludzi w ciemnocie i zacofaniu, tolerowanie zboczeńców seksualnych. Ludzie masowo odchodzą od Kościoła. To też dlatego jak Ciebie te czarne bydlęta od szatana traktują! Będziesz znany i sławny!"
- Ks. Mirosław Paweł Salwowski, Łążek, ul. Kościelna 6, poczta Osie k/Bydgoszczy

"Mohandźi jest dla mnie jak własny syn. Kocham Go całym mym sercem. Codziennie modlę się za Niego i zawsze o nim myślę i medytuje. Nigdy Mistrza nie opuszczę, tak wiele bowiem zyskałam na zajęciach uzdrawiania. Dzięki Niemu mogę efektywniej pomagać innym. Jego wsparcie i pomoc w mej pracy czuję cały czas. Otworzyłam ośrodek uzdrawiania dla Mohana w Studziankach". "Pragnę zawsze pomagać wszystkim ofiarom gwałconym w dzieciństwie przez katolickich księży pedofilów. Bo zboczenie seksualne księży do dzieci to coś najpodlejszego!"  "Zapraszam do Ośrodka Bogini Himawanti w Studziankach. Tutaj jest dobra energia uzdrowienia. Tutaj jest centrum Bogini Matki Ziemi, centrum duchowe Polski!"
- Mirosława Tomaszewska (Uzdrowicielka) - Łódź , ul. Rydza Śmigłego 31/57


"Śri Guru Lalita Mohan-Ji jest najwspanialszym Duchowym Przewodnikiem jakiego udało mi się poznać w mym życiu. Bezpiecznie i pewnie prowadzi wszystkich swoich uczniów drogą, aby mogli w końcu poznać Boga i osiągnąć ten najwyższy cel, jakim jest dla każdej duszy Oświecenie! Śri Mohan-Ji jest najbardziej Miłosiernym i pełnym Wybaczającej Łaski Guru. Jest Współczującym i Współodczuwającym Guru i Misją Jego na tej ziemi jest Zbawienie jak największej ilości czujących i rozumiejących istot. Nigdy nie opuszczę mego Mistrza!"
"Chętnie podejmę się dokonania pomsty aby zniszczyć wszystkich tych, co Ciebie Mistrzu uwięzili, wszystkich, co się do tego przyczynili." "U mnie zawsze będzie duchowy ośrodek Himawanti, zawsze będę prowadzić zajęcia uzdrawiania w imieniu Lalita Mohana!"
- Jarosław Kowalczyk - Gdańsk, ul. Bolesława Krzywoustego 1, Gdańsk Pruszcz

"Mistrzu Mohan, dziekuję ci za wszelką pomoc. Moje życie zostało naprawione. Byłam na skraju ostatecznego rozwiązania. Samotna. Bez pieniędzy, z długami. A wszystko przez księży i zakonnice, zboczeńców seksualnych na oazach. Rodzina mnie do tego zmuszała i jeszcze byłam bita za mówienie, że ksiądz mnie gwałcił seksualnie. To nie są wymysły to była wielka tragedia mojego dzieciństwa. Cała rodzina o tym wie i nic, tacy zboczeni są katolicy. Przez lata nie mogłam się pozbierać. Tantra boskiej linii Himawanti dała mi dobrą pracę i udany związek z mężczyzną jakiego pragnęłam. Tantra jest super - tego powinni uczyć dzieci w gimnazjum, żeby mogły sobie życie poukładać. U nas w Gorzowie Wielkopolskim chciałabym organizować zajęcia, żeby jak najwięcej ludzi przyszło do Tantry Bogini Himawanti. Nie wiem jak Ci mój Guru dziękować. Jesteś moim Zbawicielem!"
- Magdalena Pieróg - Gorzów Wielkopolski, ul. Nowa 11/28

"Moim Panem jest Bóg Sziwa, a duchowym mistrzem, czyli żywym Chrystusem Bożym jest Śri Guru, Lalit' Mohan! Niech zawsze w szczęściu żyje, każdy kto się ze mną w tym zgadza i boskiego Guru Mohana wspiera. W Krakowie zawsze będziemy dobrze wspominać zajęcia z mistrzem Lalit' Mohanem. I dużo misjonować, żeby wszyscy znali Mohana. I chcę, żeby jak najczęściej się zajęcia grup medytacji z Mohanem odbywały. A ci pedofile zboczone co pana Lalit' Mohana uwięzili to do piekła w kocioł smoły, tam ich miejsce jest na wieki wieków amen! "
- Ewa Noga - Kraków, ul. Spółdzielców 8/14

"
Zawsze i wszędzie będę pamiętać o tym, że Śri Guru Lalit' Mohan uratował mnie od śmierci, do której dążyłam na skutek przeżywanej depresji, w ogóle o tym nie wiedząc! Zajęcia i warsztaty prowadzone przez Śri Guru dały mi możliwość spojrzenia na moje życie w zupełnie innym świetle i dlatego mogę dziś żyć szczęśliwie i mogę się cieszyć każdym przeżytym dniem. Nigdy nie zapomnę tych wspaniałych odosobnień i obozów w górach i nad morzem, gdzie mogłam doświadczać prawdziwie mistycznego przeobrażenia mej świadomości. Śri Guru-Ji zawsze wszystkim pomagał i zawsze mogliśmy na niego liczyć. Długie zajęcia warsztatowe i rozmowy na temat różnych trudnych życiowych kwestii były dla nas bezcenne! Dlatego zawsze będę misjonować i szerzyć nauki które Śri Guru Lalit' Mohan mi przekazał! Nie ma lepszej szkoły duchowej niż ta, którą reprezentuje Bogini Himawanti! Będę głosić Chwałę Boginii Himawanti i wiernie służyć Boskiemu Śri Guru-Ji, bo uratował mnie i moją rodzinę i pokazał nam jak żyć w zgodzie, miłości i harmonii!"
- Ewa Macherowska - Kraków, os. Oświecenia 15/1

"Gurudźi, Ty zawsze będziesz w moim sercu. Chcę abyś zawsze mnie prowadził i moje dzieci, te przyszłe też. Opiekuj się nami. Chcę coś zrobić, żeby jak najwięcej ludzi mogło przychodzić do Ciebie i korzystać z tego wielkiego Światła jakie ze sobą niesiesz! Chciałabym więcej pracować dla Ciebie i Bractwa! Zawsze będziesz w moim sercu jako mój Boski Guru!"
- mgr Dorota Sawicka - Wołomin-Zagościniec, ul. Tramwajowa 8e

"Mohan jest najwspanialszym Nauczycielem. Jestem zachwycona jego wiedzą. Zawsze znajduję odpowiedzi których szukam i inspirację do pracy i prowadzenia zajęć. Nie spotkałam w mym życiu lepszego nauczyciela Hatha Jogi niż Mohan. Wiele się od niego nauczyłam i całą tą wiedzę mogłam potem przekazywać tym, co do mnie przychodzili na zajęcia Hatha Jogi, które prowadziłam w Opolu. Chciałabym rozwinąć swoją pracę, aby jak najwięcej ludzi przychodziło i uczyło się potem u Lalita Mohana! Moja córka Sylwia jest Mohanem zachwycona i bardzo zaangażowała się w duchową praktykę, zachęcając swoje koleżanki do brania udziału w warsztatach. Chcę aby powstał Ośrodek Jogi w Opolu." "Mam nadzieję, że szatan mnie nie zwiedzie i zawsze będę z moim Guru Mohanem!" "U mnie jest zawsze Ośrodek Jogi Lalita Mohana, przyjmij zaproszenie i prowadź jogę!"
- mgr Elżbieta Najah-Kulpa, Opole, ul. Jesionowa 79

"Mohan, pragnę całym sercem, abyś zawsze mnie prowadził, przez wszystkie wcielenia, aż do całkowitego wyzwolenia. Uwolnij mnie od wszystkich grzechów narkotykowych i seksualnych. Chcę prowadzić czyste duchowe życie i nie wracać do tego co było. Pragnę twej nauki, miłości, pragnę twej łaski i prowadzenia! Przyjmij mnie Śri Guru jako swoją wierną na zawsze uczennicę duchową! Nawet w snach spotykam Ciebie jako Guru, gdzie nas uczysz jako Anioł na wielkiej sali pełnej ludzi." "Mój dom tak tego pragnę zawsze będzie dla Ciebie Twoim ośrodkiem i miejscem pracy!"
- Anna Maria Rampała - Gliwice, ul. Okrzei 13/4

"Chciałbym u Ciebie Mistrzu mój przejść studniowe odosobnienie duchowe, jeśli zechcesz być tak łaskawy i nas uczyć na tak zaawansowanym poziomie. Mam nadzieję być wytrwały i Ciebie nie zawieść! Chcę rozwinąć w Gnieźnie mocną medytacyjną grupę z twoimi naukami!" "Mój dom to chcę, żeby zawsze był Ośrodkiem Himawanti!"
- Jerzy Wojciechowski - Gniezno, ul. Górna 3/1

"Dla Mistrza Mohana będę robić kronikę Sanghi (Bractwa). Tak wiele mi pomógł w życiu. Chciałabym się bardziej zaangażować, ponieważ Mohan bardzo mi pomógł w życiu. Dzięki Guru mogę rozwijać moje zdolności artystyczne i czuję wielką inspirację, którą dają mi wszystkie praktyki. Mam nadzieję, że żaden zły duch czy diabeł nie odwiedzie mnie od mojego Guru, Lalita Mohana." "U nas w każdy poniedziałek o 20.00 są medytacje wielbicieli Lalita Mohana!"
- Małgorzata Kaczmarek - Gliwice, ul. Hannki Sawickiej 14/2

"Uczestniczenie w tej wspaniałej majowej czilli jest dla mnie przeżyciem zbliżenia z Bogiem jakiego się w najśmielszych snach nie spodziewałam. Mohan, ty jesteś najlepszym Nauczycielem duchowym jakiego spotkałam w życiu i drugiego takiego chyba nie ma na świecie. Dziękuję ci za to, że nas z Robertem przyjąłeś do boskiej, duchowej Rodziny! Pewni liderzy ze Szczecina próbowali nas oszukać, każąc nam podpisywać weksle na naukę ich "jogi klasycznej", a teraz zrozumiałam, że to oszuści! Jestem nową istotą, jestem narodzona na nowo i w końcu naprawdę doświadczam Obecności Boga! Myślałam, że nigdy się już nie pozbieram po tym, jak ksiądz mnie molestował w szkole podstawowej. Ale jednak jest dla osób takich jak ja nowe życie, duchowość, prawdziwa religia i boska prawda."
"Oby Mohan był już wolny a ci bandyci tacy jak Pietrek wisieli na szubienicach, gdzie ich miejsce!"
- Urszula Zielińska - Szczecin

"Uczestniczenie w zajęciach linii przekazu Himawanti jest super, nie da się opisać słowami. Laja Joga, uzdrawianie, mistyka chrześcijańska według Mistrza Mohana to na zawsze zmienia człowieka w anioła. Będę się uczyć aby prowadzić zajęcia hatha jogi według linii przekazu Himawanti, bo inne grupy w których byłam nie dorównują poziomem. Zapraszam do mojego prowizorycznego ośrodka Himawanti w Szczecinie. W przyszłości chcę tu otworzyć duży ośrodek albo Aśram Himawanti." "To najwspanialsza linia przekazu jaka chyba wogóle istnieje. Mataji prowadzi wspaniałe zajęcia. Obskoczyłam wszystkich liderów w Szczecinie, ale żaden się nie równa ani wiedzą ani technika, nawet jeśli o asany chodzi. Kundalini jest boska. Kundalini cudownie usuwa z pamięci złe wspomnienia po gwałceniu przez księdza w kościele." "Otworzymy w Szczecinie tajne centrum dowodzenia obroną Mohana, aż zniszczymy inkwizycję!"
- Dorota Hołownia - Szczecin, ul. Perlista 37

"Studiuję nauki Bhaishajya Deva Yogi i Mistrza Uzdrowienia Śri Lalita Mohan-Ji, aby skutecznie prowadzić terapie dla ofiar molestowanych lub gwałconych przez księży, katechetów i inne osoby duchowne. Jego Nauka i Wiedza nie mają sobie równej. Nie spotkałam jeszcze nikogo, kto w takim stopniu opanowałby ziołolecznictwo i różnego rodzaju terapie duchowe. Nawet profesorowie z uczelni, gdzie studiuję, nie posiadają tak rozległej i kompletnej wiedzy jak Mistrz Lalita Mohan-Ji. Byłam naocznym świadkiem wielu cudownych uzdrowień, które za przyczyną Mistrza dokonały się w mojej obecności. Wiedza, którą zyskuję dzięki stałemu kontaktowi z Mistrzem jest bezcenna! Dlatego zawsze będę studiować pod kierunkiem Mistrza. A także będę prowadzić terapie duchowe dla ofiar pedofilii, szczególnie tej kościelnej."
- Małgorzata Kowalczyk - Gdańsk

"Mistrz Lalita Mohan posiada duchową wiedzę jakiej nie spotkałem u żadnego innego tak zwanego mistrza czy nauczyciela duchowego. Wszystkim polecam naukę u mego Mistrza Lalita Mohana. Zawsze będę się starał przyprowadzić jak najwięcej dusz do Mistrza Mohana, chociaż obawiam się, że nie wszyscy są dorośli do tego, aby u takiego wielkiego Guru pobierać nauki!" "Mam nadzieję mój Mistrzu, że zawsze będę się mógł od Ciebie uczyć. Dla Ciebie Mistrzu wszystko zrobimy!"
- mgr Witold Boguszewski - Częstochowa

"Kocham Ciebie Mistrzu za twoją Mądrość i Miłość jaką nas obdarzasz. Obym zawsze mogła się od Ciebie uczyć. Nigdy nie będę w Ciebie wątpić, bo Ty wiesz wszystko! Chciałabym bardzo być taka jak Ty!" "Mohan jest wielkim altruistą. Zawsze poświęca się dla dobra innych i jest to Jego życiem. Jestem pełna podziwu i uznania dla Jego pracy i służby innym ludziom! Mam nadzieję, że ci, co uwięzili Mohana szybko zdechną w męce, bo to bydło katolickie, co nie rozumie Boga."
- Lidia Nuria Walenda (teolog) - Olsztyn - Toruń

"Guru, jak na Ciebie patrzę, widzę w Tobie samego Mahawatara Babaji! Zawiodłem się na podróży do Indii, bo chociaż szukałem, to nie spotkałem tam żadnego nauczyciela o takiej wiedzy i mądrości jak u Ciebie Mohan-Dźi! Darśan u Ciebie Mohan-Dźi jest czymś najdoskonalszym! W Tobie widzę doskonałego Mistrza, samego Mahawatara Babadżiego!"
- Marek Osada - Zabrze (Rudy)

"Zawsze będę za Tobą podążał mój Mistrzu. Uważam, że nie ma większego znawcy JOGI na całej ziemi, chociaż widziałem już wiele różnych osób podających się za duchowych mistrzów!" "Będę dla Ciebie Mistrzu prowadził nauczanie Jogi i każdą misję jaką mi zlecisz!" "Cisną mi się najgorsze epitety pod adresem paranoików, co znieważają Ciebie Mohan!"
- mgr Dariusz Witkowski - Szczecin

"Mohan jest moim Guru i bez Mohana nie widzę żadnej możliwości duchowego rozwoju, chociaż widziałem wielką ilość różnych nauczycieli. Lalita Mohan jest prawdziwym zbawicielem. Zawsze będziemy tu razem z żoną Ewą głosić wszystkim chwałę Guru Mohana! Grupa zielonoświątkowa była wielką pomyłką w naszym życiu, ślepą uliczką i zwiedzeniem, po którym się bardzo źle czuliśmy!" "Czy całe chrześcijaństwo jest takim jednym wielkim pomyleniem jak zielonoświątkowcy? Wolał bym to wiedzieć, aby już nigdy do takiej grupy nie pobłądzić, a zająć się naprawdę jogą na wielką skalę!"
- Rafał Lichtarowicz - Szczecin

"Mohan, Ty jesteś najwspanialszym Guru jakiego spotkałam. Nie potrzebuję nigdzie jeździć do innych mistrzów, bo na Twoich zajęciach jest wszystko to, czego potrzebujemy! Inni mistrzowie nie umywają się do Ciebie, chociaż schodziłam pieszo całe Himalaje! W Tobie Indie, Himalaje jako łaska przyszły do mnie!" "Kocham Ciebie mój Gurudżi i nigdy Cię nie opuszczę. Nie ma dla mnie Większego Mistrza niż Ty!" "Będę zawsze z Tobą i zawsze możesz na mnie liczyć w potrzebie. Moje życie oddaję Twojej Misji i chcę Ci pomagać we wszystkim, co robisz. Zbaw, wybaw moją duszę!" "Tu na Śląsku zrobimy wszystko, aby wszyscy, którzy ciebie uwięzili zostali surowo ukarani i na zawsze zniszczeni! Inkwizycja to zło, które musi raz na zawsze zniknąć z naszej Polskiej Ziemi. Tak dłużej być nie może, żeby jacyś zboczeńcy więzili Guru!"
- Izabela Tryc - Gliwice

"Podziwiam Twoją olbrzymią wiedzę, nie ma chyba nikogo o takiej Boskiej Mądrości na świecie. Chcę się zawsze móc u Ciebie uczyć. Mam nadzieję, że przyjmiesz mnie na swoją uczennicę i poprowadzisz do Wszechmogącego Boga i Mistrzów Duchowej Hierarchii."
- mgr Hanna Koczowska - Olsztyn

"Lalita Mohan jest najwspanialszym Mistrzem. Wszystkie nauki, które słyszałam od Mohana czułam w mym sercu jako najprawdziwszą prawdę! Jestem gotowa poświęcić życie aby tylko móc uczyć się i siedzieć u stóp mojego Mistrza Lalita Mohana!" "W Mohanie widzę Chrystusa i zawsze będę podążać za Nim, bo doświadczyłam od Mohana najlepszych i najpiękniejszych rzeczy w mym życiu. To On nadał memu życiu sens i dzięki Jego Naukom znowu mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa. Nigdy Go nie opuszczę i wytrwam z Nim w każdych okolicznościach"
- mgr Anna Kokocha (Wani Sarpa) - Bydgoszcz

"Mohan, cieszę się, że jesteś moim Guru, i chciałbym jak najwięcej ci służyć i pracować dla twojej misji na tej ziemi. Dziękuję za uwolnienie od narkotyków i zaćpania. Pomóż mi abym nie wrócił w narkotykowe szaleństwo. Zrobię wszystko, co tylko mogę aby Ciebie wesprzeć mój Guru! Dopiero dzięki Tobie Guru życie nabiera głębszego sensu, w ogóle ma jakiś sens!" "Tak bym chciał, żeby mój ojciec się nawrócił, wyleczył z alkoholizmu i wszedł na Drogę Himawanti, i siostra też!"
- Paweł Ćwięka - Kraków (Gliwice)

"Mohan, prowadzisz bodaj najbardziej duchowe i najtańsze zajęcia. Inni sobie dużo liczą, a nie wiele mają do dania, nie wiele umieją. Przyjeżdżaj do nas zawsze nauczać!"
- Teresa Konieczna - Opole (Klub Delfin)

"Mistrzu, nie mogę zrozumieć dlaczego jest jeszcze tylu ludzi ciemnych, rzekomo zainteresowanych medytacją, którzy nie chcą do Ciebie przyjść po nauki. Pragnę szczerze zawsze być Twoim wiernym uczniem. Prowadź nas, mnie i Anię prosto do Boga, także w następnych wcieleniach!" "Wszyscy jesteśmy Twoimi dziećmi. Cała Polska powinna się od Ciebie uczyć!"
- Tadeusz Zygadło - Włocławek

"Nie spodziewałam się, że Guru ma tak wielką wiedzę psychologiczną. Teraz myślę, że moje studia psychologiczne były bez sensu, stracone lata. Od Ciebie Mistrzu można się o wiele więcej praktycznie nauczyć i zrozumieć ludzką psychikę, duszę, jak to wszystko działa. Poszłam na studia, żeby zrozumieć siebie i pozbyć się problemów, ale dopiero u Ciebie zaczynam poznawać umysł."
- mgr Jolanta Kozłowska - Wrocław

"Wszyscy jesteśmy zdumieni, zafascynowani Twoją duchową wiedzą daną od Boga. Chcemy tu w Brzegu abyś zawsze przyjeżdżał i nas uczył. Zaskoczyłeś nas biegłą znajomością radiestezji i wiedzą o Czakramach. Kilka osób chce Ci bardzo podziękować za cudowne uzdrowienie, siebie i bliskich!"
- Marian Cząstkiewicz - Brzeg

"Nigdy nie spotkałam tak mądrego i tak wszechstronnego Nauczyciela, który znałby tyle dziedzin nauki i zawsze potrafił odpowiedzieć na każde zadane mu pytanie! Zawsze będę wszystkich zachęcała do tego, by uczyli się u Mistrza Lalita Mohana!"
- mgr Danuta Łęska (prawnik) - Brzeg

"Mohan, wiem w sercu, że Ty jesteś moim Guru na zawsze. Bez Ciebie byłabym niczym. Mam nadzieję, że nigdy nas nie opuścisz i zawsze będziesz z nami. Chcę być na każdych Twoich zajęciach jeśli tylko mi pozwolisz, to wielka łaska! Zabiła bym chyba każdego, kto chciałby Ci zaszkodzić!" "Przez dwa dni na zajęciach u Ciebie nauczyłam się więcej niż przez dwa lata w studium psychotronicznym we Wrocławiu!" "Kocham cię mój Mistrzu i zawsze będę się u Ciebie uczyć!"
- Elżbieta Rynka - Gliwice

"Nie zdobyłem się na podjęcie inicjacji, bo to zawsze nowe zobowiązanie, ale chcę Ci bardzo podziękować za wszelką wiedzę dla duchowego rozwoju jakiej nam udzieliłeś i ciągle udzielasz. Teraz widzę, że moi poprzedni ezoteryczni Nauczyciele, byli dopiero na samym początku Drogi i wiele mogliby się od Ciebie nauczyć. Cieszę się, że spotkał mnie zaszczyt uczenia się i uzdrawiania u Ciebie!
- Andrzej Gasis (Uzdrowiciel)- Włocławek

"Wiem, że Ty Mohan jesteś moim Guru. Serce i dusza mi tak mówi. W dzieciństwie byłam w domu bardzo źle traktowana, nie chcę żeby to rujnowało moje życie. Zawsze będę Ciebie słuchać i nic mnie od Ciebie nie odwiedzie. Czuję, że u Boga jesteśmy jakoś na zawsze ze sobą duchowo połączeni! Prowadź mnie Gurudźi! Pragnę abyś zawsze był moim Guru!"
- Monika Mrozińska - Bydgoszcz

"Nigdy jeszcze nie spotkałam tak wspaniałego Mistrza Duchowego jak Mohan! Jest On wspaniałym Uzdrowicielem i Duchowym Mistrzem. Uzdrowił mnie z paraliżu i uzdrowił z poważnej choroby moją siostrę. Dzięki Niemu znowu mogę chodzić, mówić i uśmiechać się." "Zawsze będę się od Niego uczyć, a mój dom niech jest duchowym centrum Lalita Mohana na całą Polskę i na cały świat!"
- mgr Hanna Hauke - Gliwice

"Lalita Mohan jest Chrystusem dla narodu polskiego. Kiedy na Niego patrzę - widzę niezwykłe podobieństwo do tego Mistrza." "Nauki Mohana wstrząsnęły mną tak bardzo, że odtąd moje życie całkowicie się zmieniło. Nigdy Go nie opuszczę! Jego postać widziałam we śnie, bo Bóg Go do mnie przysłał. Jestem szczęśliwa, że mogę uczyć się od Niego. Jego wiedza jest ogromna i niewyczerpana. Zawsze znajduję w Naukach, które głosi odpowiedzi na wszystkie moje pytania."
- Danuta Budziak - Gliwice

"Mohan posiada w sobie wiedzę tak ogromną, że inni Mistrzowie, których spotkałem w życiu nie sięgają Mu do pięt. Widzę w Nim Proroka narodu polskiego, który niesie nowe orędzie dla wszystkich ludzi na świecie. Jak to dobrze, że mogłem Go w mym życiu spotkać!"
- mgr Ireneusz Ślupkowski (biznesmen) - Szczecin

"Mohan jest największym żyjącym Świętym Bożym! Jest uosobieniem Bożej Dobroci. Jak to dobrze, że mogłam Go spotkać w mym życiu i słuchać Jego Nauk. Nie sposób opisać mojej wdzięczności dla Mohana. Uczcie się wszyscy od Niego! To Król Wewnętrznego Królestwa!"
- mgr Ewa Kondrat - Wejherowo

"Mohan jest mym Mistrzem i wiele Mu zawdzięczam. Zawsze będę się od Niego uczyć, bo wiedza Jego jest przeogromna! To prawdziwy Święty Boży i Najwyższy Kapłan Boży - Melchizedek odzwierciedla się w Jego Sercu!" "Mohan posiada największą wiedzę i mądrość, których nigdy nie poznałem u innych nauczycieli duchowych. Z dumą i radością mogę Go nazwać moim Przyjacielem. Jego Przyjaźń jest dla mnie bardzo cenna, dlatego będę ją pielęgnował i zawsze za Mohanem będę podążać!"
- Jarosław Buller - Poznań (Toruń)

"Mistrzu, dziękuję Tobie za wszelką duchową pomoc. Najważniejsze jest dla mnie, że dzięki twej pomocy przestałam ćpać i jakoś stanęłam na nogi! Będę Ciebie wszystkim polecać!"
- Emilia Stępień - Szczecin

"Jestem bardzo szczęśliwa, że spotkałam na swej drodze takiego Nauczyciela jak Mohan. Jego Mądrość jest zadziwiająca. Chcę się uczyć od Mistrza Mohana i być Nauczycielką Duchową i przekazywać Jego wiedzę innym! Mistrz Mohan jest ucieleśnieniem Mądrości!"
- dr Hanna Bem (Zgryźniak) - Opole

"Mohan, jestem Ci wdzięczna, że uzdrowiłeś moje dziecko! Nigdy Ci tego nie zapomnę! I za to jestem Ci bardzo wdzięczna! Przyjeżdżaj do nas jak najczęściej."
- mgr Wanda Willim-Czaban - Szczecin - Dobra Sz.

"Mohan jest najlepszym Mistrzem sztuk walki, a wielu widziałam. Byłam bardzo szczęśliwa, że mogłam uczestniczyć w prowadzonych przez Mistrza treningach." "Joga pracy z żywiołami Zira'at zmieniła mój umysł i otworzyła nowe duchowe horyzonty!"
- mgr Iwona Korlacka - Będzin

"Mohan to wielki Mistrz! Jak to dobrze, że mogłem Go w życiu spotkać. Uzdrowił mnie i wspierał w trudnych chwilach mego życia. Jestem pod ogromnym wrażeniem Jego umiejętności i wiedzy. Będę się od Niego zawsze uczył i za Nim podążał! Kto o Nim źle mówi ma nierówno pod sufitem."
- Adam Citkowski - Zahajki

"Nie ma na świecie drugiego takiego Mistrza jak Mohan. Nauczył mnie wiele i wiele Jego życiowych rad okazało się bezcennych dla mnie. Zmieniły moje życie na lepsze. Zawsze będę z Nim i zawsze będę słuchał Jego Nauk i pomagał Mu we wszystkim co robi na ile będę potrafił!"
- mgr inż. Józef Klimiński - Gliwice

"Mohan jest wielkim Guru. Mohan zawsze jest w moim sercu. Zawsze będę Go wspierał i Mu pomagał. Jestem zafascynowany Jego wiedzą i mądrością!"
- mgr inż. Tom Ochman - Szczecin lub Hiszpania

"Jestem bardzo wdzięczna Mohanowi za Jego nauki i cudowne uzdrowienie, zawsze będę się od Niego uczyć. Wiem, że On zawsze mnie pamięta i nigdy nie zapomni o mnie i nigdy mnie nie opuści! Zawsze go będę wspierać i pomagać Mu we wszystkim co robi, i ludzi do Niego przysyłać!"
- Ewa Zimna - Brzeg

"Nigdy nie spotkałam takiego cudownego Nauczyciela. Jestem wdzięczna osobom z Brzegu, że mogłam Ciebie poznać. Nigdy ciebie nie opuszczę, mój Mistrzu! Zawsze chcę być przy Tobie!" "Jak to dobrze że dajesz ludziom tak piękne nauki! Dzięki Tobie, odnalazłam sens w mym życiu"
- mgr inż. Eugenia Pałys - Brzeg

"Twoja wiedza jest Nieskończona, jestem zafascynowany ogromem Twojej wszechwiedzy. Jeśli pozwolisz Mistrzu, będę wszystkich ludzi kierował do Ciebie na głębsze duchowe nauki. Twoja nauka jest najgłębsza, najobszerniejsza ze wszystkich licznych mistrzów jakich w życiu spotkałem!" "Chodzę na zajęcia z różnymi buddyjskimi Lamami i Rimpocze, ale w ogóle Ci poziomem wiedzy ani praktyki nie dorównują!" "Mohan to Mistrz należący do awangardy Mistrzów. Odnajduję w Nim Najwyższą Mądrość i Prawdę. Wiele Mu zawdzięczam."
- mgr inż. Krzysztof Błachaniec - Jaworzno (Kraków)

"Od wielu lat uczyłam się Jogi i Medytacji u Mohana, od 1989r. To największy autorytet w Europie jaki udało mi się spotkać. Nawet w Indii, gdzie przebywałam wiele lat - nie spotkałam nikogo, kto by tak uczył jogi jak On!" "Mohan nauczył mnie jogi i doceniłam te nauki podczas podróży do Indii. Wielu ludzi w Indii chciałoby się uczyć od Niego! Mohan daje Wolność!"
- mgr Anna Michalska - Norwegia Oslo (Zielina/k Opola)

"Naukę jogi i medytacji u Mistrza Mohana zaczęłam w 1989r. i bardzo sobie cenię wszystkie jego nauki i praktyki jakich uczył przez lata. Chociaż nie jestem pilnie praktykującą, wiele razy mi w życiu pomogło to, czego się nauczyłam. Mohan jako Guru jest niezastąpiony!"
- Beata Zając (Lubos) - Monachium

"Przez jeden weekend nauczyłeś nas więcej Hatha Jogi niż w systemie Iyengara nauczyłam się przez 10 lat, bo tyle już ćwiczę z Gabrielą i innymi nauczycielami. Przy Tobie Guru to nie wiem, czy mogę o nich mówić jako o nauczycielach w ogóle, bo nie ma żadnego porównania w poziomie." "Ofiarujemy Ci nasz ośrodek, abyś zawsze w nim nauczał. Pozwól aby Twoje zdjęcie stało na naszym ołtarzu!"
- mgr Ewa Lichtarowicz - Szczecin

"Jesteś Mohan prawdziwym Mistrzem, Twoja wiedza psychologiczna, znajomość ludzkiej psychiki są nieprawdopodobnie wielkie! Wszyscy psycholodzy i psychoterapeuci jakich znam do pięt Tobie nie dorastają ani w wiedzy ani w umiejętnościach, podobnie uzdrowiciele! Zawsze chcę móc się od Ciebie uczyć!" "Mohan jest najdoskonalszym Mistrzem jakiego poznałam!"
- mgr Katarzyna Smolińska (Psycholog) - Częstochowa

"Guru Mohan posiada wspaniałą wiedzę na temat Wszechświata. Jestem zafascynowany jego wiedzą o Kosmosie. Pragnę uczyć się u Niego, bo nie spotkałem jeszcze Mistrza tej klasy co On. Moim marzeniem jest robienie kroniki historycznej Sanghi. Chciałbym się opiekować Kroniką Sanghi." "Mam nadzieję, że moje pokręcone ciało i umysł nie będzie mi przeszkodą w nauce u Ciebie Mistrzu!"
- Arkadiusz Lisiecki - Wrocław

"Gurudźi, wiem, że jesteś moim 'Destiny Guru' - Mistrzem Przeznaczonym mi przez Boga. Bardzo pragnę czcić Twoje stopy aż do śmierci. Pozwól mi robić Pudźę (nabożeństwo) do Twoich świętych stóp. Ucz mnie wszystkiego i zabierz ze sobą do Niebios Laja. Chcę bardzo być taka wszechwiedząca jak Ty. Chcę wychować i przyciągnąć do Twych stóp jak najwięcej ludzi. Ty dajesz prawdziwą Wolność!"
- dr Hannah Kapali Nari

"Mohandźi jest wspaniałym Nauczycielem Jogi. Mohan organizuje wspaniałe obozy i mimo, że jeżdżę na wiele różnych warsztatów i obozów, tak wspaniałych jak obozy u Mohana jeszcze nie spotkałam. Zawsze, każdego roku będę na obozy Jogi do Mohana przyjeżdżać! Nie rozumiem dlaczego wszyscy ludzie nie uczą się od Mistrza Mohana! Takie obozy powinny być obowiązkowe!"
- Halina Karaś - Bydgoszcz

"Poznałam Mohana na zajęciach uzdrawiania. Jak tylko go poznałam, to zrozumiałam, że jest to Mistrz którego szukałam. Jestem zadziwiona wszechstronną wiedzą Mistrza. Nauka, którą u Niego zdobyłam jest dla mnie najcenniejszym skarbem. Wszystkie słowa, które usłyszałam z ust Mistrza znajdują potwierdzenie w rzeczywistości. Dzięki Mohanowi mogłam rozwijać moce uzdrawiania i pomagać wielu ludziom. Nauczyłam się wielu metod praktyk i wielu metod jak egzorcyzmować ludzi opętanych i jak pomagać chorym psychicznie. To wspaniały i Błogosławiony Nauczyciel pełen charyzmatycznych mocy z których korzysta wielu potrzebujących uzdrowienia i wsparcia ludzi. Moim marzeniem jest zawsze uczyć się u Niego i rozwijać moje umiejętności. Będę prosić o prowadzenie, wsparcie i żeby mnie nigdy nie opuścił. Chciałabym uchwycić się Jego świętych stóp i nigdy ich nie puścić. Błagam zawsze Mohana o opiekę nad moimi córkami i nade mną"
- Irena Gładych - Piła

"Mohan, bądź naszym Guru i zawsze do nas przyjeżdżaj do Krakowa." "Mohan jest najwspanialszym Nauczycielem. Tak wiele się u Niego nauczyłam o REIKI i z Ajurwedy. Nigdy jeszcze nie spotkałam takiego Mistrza, który miałby tak ogromną wiedzę o Uzdrawianiu jak Mohandźi."
- mgr Krystyna Luzar - Kraków

"W Mohandźi widzę Chrystusa. Jego miłość i poświęcenie dla innych zadziwiły mnie. Nigdy nie spotkałam Mistrza takiego jak On. Cudownie uzdrowił moją córkę!"
- mgr Wanda Dubin - Sidzina k/Zakopanego

"Mohan jest najwspanialszym nauczycielem jakiego poznałam. Nie znam drugiego takiego, który by posiadał tyle umiejętności. Bardzo się cieszę, że mogę Go zapraszać i organizować dla Niego zajęcia. Chciałabym aby w Łodzi powstał Ośrodek Jogi w Łodzi, bo Łódź jest duchowo martwa. Ze wszystkich moich sił będę pomagać Mohanowi bo Jego warsztaty wnoszą wiele dobrego dla potrzebujących ludzi."
- mgr Mira Solczyńska - Łódź

"Mohan wspaniale prowadzi zajęcia Jogi. Nigdy nie byłam jeszcze na tak pięknych obozach jak u Mistrza Lalita Mohana. Niech jak najwięcej ludzi uczy się od Mohana!"
- mgr Bożena Kasprzycka - Częstochowa

"Nigdy jeszcze w mym życiu nie spotkałem Mistrza tak mądrego jak Mohandźi. Jego wiedza o Wszechświecie jest ogromna. Chciałbym się zawsze od Niego uczyć. Jeden trening aikido z Mohanem daje więcej niż cały rok chodzenia na treningi do sekcji aikido w Gliwicach."
- Jan Slanina - Gliwice

"Mistrz Mohan jest najwspanialszym duchowym Nauczycielem i Mistrzem. Pomógł mi rozwiązać mój życiowy problem z bezpłodnością i dzięki Jego wstawiennictwu u Boga, radom, wskazówkom i uzdrowieniu mogę w końcu mieć dzieci. Jestem wdzięczna za uzdrowienie!"
- Iwona Wojciechowska - Gniezno

"O jakiż ten Mistrz Mohan jest wspaniały. Jak wielką wiedzę duchową posiada. Wszystkie przekazane mi nauki i praktyki mocno dotykają mego serca. Chciałabym być taka jak On. Nigdy Go nie opuszczę i wszędzie za Nim pójdę. Chcę zawsze wspierać Bractwo Mohana!"
- Marta Citowicz - Bydgoszcz

"Tak wspaniałych warsztatów Tantry i Jogi jakie prowadzi Mistrz Mohan nigdy jak dotąd nie spotkałam. Jak to dobrze, że mogłam na nie trafić. Zawsze będę organizować Mistrzowi warsztaty, by jak najwięcej ludzi mogło korzystać z Jego mądrości. Dzięki Mistrzowi moje życie zmieniło się na lepsze. Mohan wszystkim otwiera oczy aby widzieli prawdę i byli wolnymi ludźmi, bez uwarunkowań!"
- mgr Bożena Pająk - Bygdoszcz

"Z utęsknieniem czekam na zajęcia prowadzone przez Mistrza Mohana. Jego wiedza o uzdrawianiu jest niemożebnie wielka. Lubię słyszeć słowa prawdy z ust Mohana!"
- Jerzy Wilkoń - Sosnowiec

"Chcę rozpowszechnić Twoje nauki w Krakowie, zbuduję tu ośrodek na Medytacje i Jogę, na Sufi. Mam nadzieje, że nie odmówisz nam swojego osobistego udziału, zaangażowania w ten pomysł. Wesprzyj proszę naszą duchową inicjatywę. Nie chcę innego Mistrza! Nawet po mojej śmierci nasz dom będzie służył za ośrodek w Krakowie dla pomocy i terapii dla ofiar gwałconych przez księży pedofili, żeby już dzieci nie gwałcili. A tu cały Kraków jest tym skażony."
- Władysław Kozłowski (biznesmen) - Kraków

"Buduję wielki dom pod Warszawą, z salą medytacyjną 108 metrów kwadratowych i pokojami na noclegi dla medytujących. Mam nadzieję, że będziesz regularnie prowadzić w tym ośrodku zajęcia dla ludzi z całej Polski. Bardzo Ciebie z żoną i naszymi dziećmi zapraszamy!"
- Jacek Wycech (biznesmen) - Warszawa

"Obserwuję Mohana od lat. To Oświecony Mistrz o niezwykłych umiejętnościach. Ma w sobie wielkie Błogosławieństwo. Cieszę się, że mogę uczyć się od Niego i przebywać w Jego Obecności! Pragnę regularnie uczestniczyć w zajęciach duchowych u Mohana."
- Adam Gąsiorek - Bieruń Nowy

"Zawsze będę wierna Mistrzowi. Tak wiele mi dał i tak wiele mnie nauczył. Nigdy go nie opuszczę i zawsze przy nim będę w Jego Misji."
- Magdalena Turek - Warszawa

"Mohan to ma wiedzę duchową. Bardzo chciałbym mieć taką wielką Mądrość jak Mistrz Mohan." "Zawsze będę Ci pomagał mój Nauczycielu i jakoś będę starał się Ciebie wspierać!"
- Ryszard Basak - Opole

"Cieszymy się z Justynką, że możemy Ciebie gościć, mamy nadzieję, że będziesz naszym częstym gościem. Prowadzimy dla Bractwa klub medytacyjny i będziemy go rozwijać, żeby przyszło do Ciebie jak najwięcej ludzi w Częstochowie. Dziękujemy Tobie Mistrzu za wszystko."
- mgr Zbigniew Domagała - Częstochowa

"Dzięki naukom Mistrza Mohana odnalazłem wiarę w siebie. Poczułem, że chciałbym zorganizować ośrodek Jogi w Krakowie, prowadzić go i organizować warsztaty Mistrzowi."
- Andrzej Fras - Szczecin - Kraków

"Dzięki Mistrzowi Mohanowi nauczyłam się jak pomagać innym ludziom. Pokazał mi jak prawidłowo masować ludzi i mimo, że robię to zawodowo od lat, nauka Mistrza zadziwiła mnie, bo nigdy czegoś takiego cennego nie wiedziałam, mimo, ze skończyłam różne kursy. Jak to dobrze, że mogę uczyć się u Niego masażu, Ajurwedy i w ogóle uzdrawiania!"
- mgr Wiesława Dereszyńska - Bydgoszcz

"Mohan otworzył mi drogę na Ajurwedę, na uzdrawianie. Dzięki Mistrzowi odnalazłem sens w moim życiu. Jestem Śri Guru bardzo wdzięczny, bo dzięki Niemu zbudowałem moje rodzinne szczęście. Ludzie podli, którzy go więzili w Częstochowie powinni ponieść zasłużoną karę!"
- Mirosław Karbowiak - Częstochowa

"Podziwiam Ciebie Mohan dla Twej wiedzy i bardzo bym chciała, abyś zawsze do nas przyjeżdżał i nas uczył Boskiej Prawdy! Nie ma nikogo o takiej Mądrości jaką sobą reprezentujesz. To prawdziwy Dar! W żadnej warszawskiej grupie uważającej się za ezoteryczną nie ma takiego Nauczyciela Duchowego! Twoja wiedza duchowa jest nieskończona i taka wyzwalająca!" "Przez księdza pedofila rozleciało mi się małżeństwo, nie umiałam sobie poradzić z przeszłością."
- mgr Anna Łobocka-Oleksowicz - Warszawa

"Mohan jest Wielkim Mistrzem! Uczenie się od Niego - to niezwykłe przeżycie. Nigdy nie zapomnę tych warsztatów wiedzy duchowej, w których uczestniczyłem. Dzięki Mohanowi odnalazłem sens mego życia i pracy. Jak to dobrze, że w Polsce jest taki Mistrz jak Mohan!" "Uczcie się od Mohana i nigdy nie opuszczajcie Go, bo to Niezwykły Siddha. Mam dla Niego wiele szacunku i wdzięczności, także za uzdrowienie mego życia i ciągłą niewidzialna pomoc, wsparcie!"
- mgr Łukasz Czarnecki (redaktor)- Szczecin

"Gurudźi, Ty zawsze będziesz w moim sercu. Chcę abyś zawsze mnie prowadził i moje dzieci, te przyszłe też. Opiekuj się nami. Chcę coś zrobić, żeby jak najwięcej ludzi mogło przychodzić do Ciebie i korzystać z tego wielkiego Światła jakie ze sobą niesiesz! Chciałabym więcej pracować dla Ciebie i Bractwa! Zawsze będziesz w moim sercu jako mój Boski Guru!"
- mgr Dorota Sawicka - Wołomin-Zagościniec

"Mistrzu, Mohan, bądź dla mnie Guru, na zawsze. Chcę się u Ciebie uczyć, chcę, żebyś mnie prowadził, i zawsze się nami, mną i moją rodziną, rodzicami i synkiem opiekował! Wiem, że przyczyniłem się jakoś do śmierci mojej byłej żony, ale proszę Ciebie i Boga o wybaczenie i o jak najwięcej duchowej nauki, i o praktykę!" "Jeśli trzeba żeby coś dla Ciebie Gurudźi zrobić, powiedz tylko słowo, a zaraz zrobimy!" "Twoich wrogów tak oplakatowywać będziemy, że się nie pozbierają!
- lic. Maciej Marczak - Częstochowa

"Mohan, bądź moim Mistrzem, Guru i przyjmij mnie do grona kandydatów na nauczycieli, bo bardzo pragnę, całym sercem pragnę zostać duchową nauczycielką i pomagać ludziom tak wspaniale jak Ty to robisz mój Mistrzu! Widzę, że prawie nic nie umiałam o uzdrawianiu i dopiero od Ciebie się wszystkiego uczę, chociaż matka zmusiła mnie do pracy w charakterze uzdrowicielki! Chciałam skończyć jakieś studium psychoterapii ale widzę, że tam prawie nic nie uczą!"
- Ewa Pietroszczenko (Uzdrowicielka i Psychoterapeutka) - Gliwice

"Nie ma nikogo o takiej wiedzy i uduchowieniu jak Lalita Mohan, spośród wielu prowadzących u nas zajęcia tylko Mohan zasługuje na miano Mistrza Duchowego czy nawet Nauczyciela w ogóle!" "Chciałbym Mohan abyś częściej do nas przyjeżdżał, bo inni prawie nic nie umieją!"
- mgr inż. Bogusław Posmyk - Gdańsk

"Mohan to najwspanialszy Nauczyciel Ludzkości. Wiele mi w życiu pomógł. Jestem Mu bezgranicznie oddana i zawsze będę Mu wierna. Dziękuję Bogu, że mogłam Go poznać i uczyć się od Niego!" "Mohan jest moim Mistrzem i zawsze będę wierna Jego Naukom. Nigdy nie pójdę nigdzie szukać innego Nauczyciela, bo w Mohanie znajduję wszystko, czego potrzebuję! Zawsze będzie mnie prowadził przez wszystkie wcielenia aż do mego całkowitego wyzwolenia. Dzięki Jego wsparciu dostałam się na studia i ukończyłam Uniwersytet. To był prawdziwy cud! Nigdy Mu tego nie zapomnę!"
- dr Marzena Jeżak (doktor ekonomii) - Chorzów

"Mohan jest Wielkim Guru. Jestem bardzo wdzięczna losowi, że spotkałam tego Mistrza w mym życiu! Chciałabym zawsze siedzieć u Jego Stóp i uczyć się od Niego. Będę zawsze podążać za Nim i nigdy Go nie opuszczę. Nie spotkałam dotąd żadnego bardziej uduchowionego Nauczyciela jak Mohan!" "Jestem zafascynowana Jego umiejętnościami w dziedzinie sztuk walki. Wiele mnie nauczył i zawsze będę Jego uczennicą i chcę Mu pomagać w Jego pracy - gdziekolwiek będzie. Będę prowadzić grupy medytacyjne w Toruniu z naukami Mohana, aby ludzie doznali Wolności!"
- mgr Anna Milewska (nauczycielka) - Toruń

"Wiedza o Ajurwedzie, którą przekazuje Mohan - jest tak obszerna, że nie znajduję słów uznania dla Mistrzostwa Mohana. Mimo iż jeżdżę systematycznie na warsztaty o uzdrawianiu - nigdy nie było dwóch powtarzających się. Świadczy to o niezaprzeczalnym Mistrzostwie tego Nauczyciela!" "Mohan jest Mistrzem, jakiego nigdy jeszcze nie udało mi się spotkać w życiu. Zawsze będę uczyć się od Niego! Jestem mu wdzięczna za uleczenie mnie z nieuleczalnej dla medycyny choroby!"
- Anna Rychlewska - Częstochowa

"Mohan jest dla mnie największym autorytetem w dziedzinie Hatha Jogi! Mimo że wiele lat studiowałam u Iyengara, to jednak wiedza Mohana na temat różnych asan jest zdumiewająca! Nigdy jeszcze nie dowiedziałam się tylu niezwykle ważnych rzeczy, które pomagają mi w ćwiczeniach, a o których inni nauczyciele u których się uczyłam w ogóle nie wiedzieli! Jestem zdumiona niezwykłą wiedzą Mohana! Będę wszystkich poszukujących podsyłać do Mohana na zajęcia!"
- Barbara Dąbrowska - Opole

"Jesteś najwspanialszym Mistrzem jakiego spotkałam w mym życiu. Pozwól mi uczyć się u Ciebie i służyć Tobie i innym ludziom. Twe Nauki, które przekazujesz głęboko dotykają mego serca. Zawsze Ci będę pomagać, ucz mnie i prowadź do Boga, bo tylko w Tobie widzę moje Zbawienie i Wyzwolenie!" "Mohan jest najwspanialszym Nauczycielem, który daje wyzwolenie i niesie zbawienie wszystkim potrzebującym ludziom. Jak dobrze jest uczyć się od Niego i siedzieć u Jego Lotosowych Stóp!" "Inicjacja i praktyka duchowa tak wiele mi dały, że nie ma słów aby to wszystko wyrazić!
- Jolanta Lech - Gliwice (Bielsko-Biała)

"Bardzo chcę zbudować ośrodek Jogi w górach, w Bieszczadach, dla Mohana. Chcę aby odbywały się w nim różne duchowe warsztaty i obozy. Chcę się jeszcze bardziej zaangażować w ich organizację, a wszystko dla Mohana. Dziękuję za uzdrowienie męża z raka!"
- Marzena Jaroszewska (Matuszczyk) - Kraków

"Mistrzu, dzięki Ci za głęboką wiedzę o uzdrawianiu. Osobiście dziękuję Ci za cudowne uzdrowienie i uratowanie mego życia. Z wdzięczności dla ciebie będę uzdrawiać ludzi, stosując otrzymane od Ciebie nauki i metody, masaże, i Ajurwedę i Usui Reiki!"
- Agnieszka Leśniak (Mistrzyni Reiki) - Zakopane

"Mohandźi, jesteś dla mnie Mistrzem, wszystkim. Dzięki Tobie wyszedłem na prostą i jakoś pozbierałem swoje życie po tym jak mnie żona zdradziła i odeszła. Będę grupę medytacyjną prowadzić w Łodzi dla Ciebie. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu i pobłogosławisz ośrodek!"
- Janusz Rzepecki - Łódź

"Mohan, są pewne siły w tym kraju, którym się wyraźnie nie podoba Twoja duchowa działalność. Chcą ci wykręcić aferę kryminalną z udziałem mediów, żeby ograniczyć Twój duchowy wpływ i działalność. Mówię ci to prywatnie, ale wiem o tym jako funkcjonariusz ABW, gdzie jak wiesz pracuję. Nie to, żebym straszył, ale są plany aby ci poważnie zaszkodzić. Firma może Cię nawet zlikwidować, jeśli taki rozkaz przyjdzie z góry. Kilka osób z twoich uczniów to 'śpiochy', nie udało im się przejąć kierowania Twoim Bractwem to mają operacyjne zadanie aby cię publicznie znieważać w mediach i podać do sądu! Mnie oni latają, bo jestem już prawie na emeryturze. A ty lepiej żebyś o tym wiedział. Jak chcesz podam Ci ich dane."
- 'Jan Kowalski' - Warszawa

"Cieszę się, że nie zostałem księdzem pomimo studiów teologii, i że spotkałem Ciebie Mohan mogąc się nauczyć Prawdy i Uzdrawiania. Chcę być taki jak Ty i uzdrawiać ludzi!"
- Marek Dannenberg - Warszawa

"Drogi Mistrzu dziękuję Ci bardzo za cudowne uzdrowienie mojego dziecka. Nie wierzyłam wcale, że to możliwe na tak wielką odległość, jaka nas dzieli. Bóg jest z Tobą!"
- mgr Marta Nosarzewska - USA

"Mistrz Mohan jest dla mnie najwspanialszym Nauczycielem sztuki Uzdrawiania z wielu jakich widzialam. Nie ma w Europie lepszego eksperta od bioterapii i zielarstwa niż Lalita Mohan. Wszyscy powinni się uczyć od Mistrza Mohana, którego wiedza i umiejętności są Nieskończone. Blask złotego światła widać w aurze tego duchowego Mistrza Uzdrowienia. Mistrz Mohan jest jak Chrystus, a nawet dużo więcej. To wielkie szczęście i Łaska dla narodu polskiego, że Mistrz Mohan jest z nami. Nigdy nie zapomnę tych wspaniałych kursów Bhaishajya Deva Yogi, Uzdrawiania Linii Himawanti z nauką uzdrawiających masaży. Wszystkich będę zachęcać do studiowania tej wspaniałej wiedzy u Mistrza Uzdrowienia, którym jest Mistrz Mohan."
- Dr Renata Soćko, Łódź- Zgierz


Centrum Terapii Duchowej dla Ofiar Księży Pedofilów w Polsce
Ośrodek Bogini Himawanti i Uzdrawiania Planety Matki Ziemi
Mirosława Tomaszewska - STUDZIANKI 18, 97-320 WOLBÓRZ

Create a Free Website